Dziennik kapitański Ekspedycji 33 [STRESZCZENIE, RECENZJA]

[UWAGA! Tekst zdradza praktycznie całą fabułę gry "Clair Obscur: Expedition 33"! Przeczytaj go, jeśli znasz całą historię lub nie są Ci straszne ogromne spoilery. Bezspoilerowa opinia znajduje się w ostatnim fragmencie z 3 marca.]

Dziennik kapitański Ekspedycji 33, 27 sierpnia

Rozpocząłem wędrówkę po nowym świecie, zaczynając od miasta Lumière. Kierowałem poczynaniami Gustava, który spotkał się ze swoją dawną ukochaną. W okolicy panowała depresyjna atmosfera, podkreślana przez cudowną muzykę. Wszyscy mieszkańcy, do których zagaiłem jako Sophie, mówili o współczuciu wobec niej, ponieważ dziś miało nastąpić jej Gommage. Wiedziałem, że niebawem stanie się coś złego i domyślałem się, co dokładnie. Niestety miałem rację. Ciało dziewczyny rozpadło się na płatki kwiatów po tym, jak na iglicy Malarka wypisała liczbę 33. To za dużo, emocje mnie przytłaczają. Odkładam swoje narzędzie kontroli i opuszczam przygodę.

Dziennik kapitański Ekspedycji 33, 31 sierpnia

Wróciłem do gry i zostałem przy niej dłużej. Podczas festiwalu porozmawiałem z innymi członkami ekspedycji oraz ich bliskimi. Podczas sparingów z naszą podopieczną, Maelle, podszkoliłem się w walce, która w tym świecie przyjęła formę bliską planetom Finalnych Fantazji. Główną cechą odróżniającą jest tu konieczność stałej uwagi, ponieważ w trakcie wyprowadzania ciosu możemy dzięki odpowiednio szybkiej reakcji (za czym nie przepadam) zwiększyć obrażenia, zaś w trakcie ataku wroga – sparować uderzenie lub go uniknąć. Po trzech przegranych pojedynkach w końcu załapałem rytm ataków dziewczyny i byłem w stanie wykonać odskoki. Do tej pory nie udało mi się niestety opanować parowania.

Po załatwieniu wszystkiego, co miałem załatwić podczas zabaw oraz rozmowie z siostrą Gustava, wyruszyliśmy w końcu na Ekspedycję 33. W wyniku niesprzyjających okoliczności zostaliśmy jednak sami w zupełnie nowym miejscu – lesie z widocznymi resztkami cywilizacji i starożytnie wyglądającymi maszynami jako adwersarzami. Odkrywanie nieznanych terenów budzi ogromną satysfakcję. Trafiamy przy okazji na flagi, które pełnią funkcje ognisk z krainy Lordran. Możemy przy nich odnowić nasz zapas eliksirów i podszlifować atuty, ale gdy tak odpoczniemy, pokonane wcześniej potwory odradzają się. Jest to dość uciążliwe.

Po spotkaniu z jedną z ocalałych, Lune, zgłębiłem nasze możliwości bojowe. Poza pracą nad siłą, zręcznością, obroną itp., uczeniem się nowych umiejętności, zdobywaniem lepszej broni, pojawiły się nieznane mi do tej pory pikto i luminy. Te pierwsze oznaczają przedmioty dające pasywne efekty. Z kolei po wygraniu czterech walk z założonym pikto, wzmocnienie to staje się luminą, z której może skorzystać każda postać pod warunkiem, iż leży to w zakresie jej możliwości.

Dotarliśmy do polany, na której potężny przeciwnik blokował jakieś przejście. Początkowo zapowiadało się dobrze – strzał Gustava zadał niemałe obrażenia po trafieniu w słaby punkt. Gdy jednak maszyna ruszyła do ataku, zostaliśmy pokonani jednym ciosem. Na tym kończymy dzisiejszy dzień.

Dziennik kapitański Ekspedycji 33, 16 października

Prawie dwa miesiące przerwy sprawiły, że musiałem sobie odświeżyć umiejętności. W każdym razie, do przeciwnika nie wróciliśmy, tylko poszliśmy dalej. Na drodze spotkaliśmy białego nevrona poszukującego światła. Nim dostarczyliśmy łatwopalną żywicę, na naszej drodze stanęło kilku przeciwników… a potem trafiliśmy na bossa. Pierwsze starcie przegraliśmy, chociaż opanowaliśmy kilka kombinacji umiejętności. Nauczywszy się ataków adwersarza, za drugim razem już go pokonaliśmy. 

Po pozwiedzaniu jeszcze części lokacji w poszukiwaniu sekretów oraz odczytaniu wiadomości o miejscu pobytu Maelle, przeszliśmy do kolejnej, otwartej, łączącej te większe. Nie podobała mi się nagła zmiana perspektywy, tym razem górującej nad Gustavem i Lune. Dobrze, że chociaż tutaj można skorzystać z mapy. Gdyby tak jeszcze pojawiła się dodatkowa, taka mniejsza... Rozumiem stojące za jej brakiem założenia, lecz w mojej ocenie spokojnie mogłaby ona powstawać na bieżąco i ściany pojawiałyby się na niej wtedy, gdy do nich podejdziemy. 

W każdym razie, podczas tej wędrówki dostaliśmy możliwość rozbicia obozu. Na razie nie ma w nim za wiele do roboty, ale doszło do ostrej wymiany zdań między bohaterami. Po jej zakończeniu, ruszyliśmy dalej do Latających Wód. Niezwykłe miejsce, tak odmienne od poprzedniego. Pojawili się też nowi wrogowie, lecz idzie sobie z nimi poradzić. W końcu dotarliśmy do domku, w którym miała skrywać się podopieczna Gustava… jednak drzwi nas wciągnęły do tajemniczej rezydencji. Faktycznie tam odnajdujemy dziewczynę i przy okazji poznajemy jej nauczyciela o przerażającym obliczu... A raczej jego braku. Po wyjściu, spotkaliśmy gestrala imieniem Noco, mówiącego nam o wiosce jego pobratymców i oferującego kilka towarów. Poszliśmy zatem w kierunku osady, po drodze pokonując kowala o pokaźnych rozmiarach. Tutaj robię przerwę.

Dziennik kapitański Ekspedycji 33, 4 listopada

Wiele się wydarzyło od ostatniego wpisu. Po przejściu przez sanktuarium dotarliśmy do wioski gestrali. Specyficzne miejsce, do którego jeszcze z pewnością wrócimy. Aby poznać hasło umożliwiające dotarcie do Esque - potężnej istoty, która była w stanie nam pomóc przeprawić się przez morze – przywódczyni osady, Golgra, kazała nam wziąć udział w turnieju walki. Oczywiście udało nam się, a przy okazji znaleźliśmy kolejną zaginioną członkinię wyprawy, Sciel. Razem z tą wojowniczką, posługującą się podwójną kosą oraz kartami Zapowiedzi i Zmierzchu, dotarliśmy do jaskini zamieszkanej przez wyjątkowe stworzenie. Oznajmiło nam ono, że chętnie nam pomoże, tylko potrzebuje przedmiotu zwanego Pławikiem. Okazało się, że jego sąsiad, François, wpuścił nas w maliny i go nie posiadał. Musieliśmy zatem przedostać się przez Kamienne Urwiska. Nie obyło się bez trudności, lecz dotarliśmy do potężnego przeciwnika, będącego w posiadaniu artefaktu – Lampmistrza. Po dwóch próbach udało się go pokonać… Po czym wyłonił się z wód i zaatakował ponownie. Kolejne porażki prowadziły do powtarzania całości starcia. W końcu jednak zwyciężyliśmy. Radość nie trwała długo.

Gustave nie żyje.

Został zabity przez szarowłosego mężczyznę, który wybił naszą grupę na początku. Jak się okazało chwilę później, nosi imię Renoir. Mój bohater próbował się bronić, lecz nie był w stanie. Maelle pogrążyła się w rozpaczy. Przyznaję, byłem równie mocno zszokowany i zasmucony. Zwrot akcji niczym u George’a R.R. Martina. Ten cały Renoir próbował przekonywać, iż w rzeczywistości morderstwo było aktem łaski. Jego wynurzenia przerwało jednakże przybycie tajemniczego wojownika, który później przedstawił się jako Verso i najwyraźniej dobrze znał antagonistę. W dużej mierze rozmawiali o rodzinie. Polecił on również, aby Maelle uciekła razem z Lune, Sciel i Esque. 

Wszyscy w obozie przeżywaliśmy żałobę. Wówczas wrócił owiany sekretami człowiek, który i ogłosił, że pochodzi z Ekspedycji Zero – tej, która 67 lat wcześniej jako pierwsza próbowała pozbyć się Malarki. Z kolei jej liderem był nie kto inny jak Renoir. Obaj przestali się starzeć, a Gommage na nich nie wpływa. Od tamtej chwili kieruję właśnie Verso. Zaczyna się nowy rozdział naszej wyprawy.

Dziennik kapitański Ekspedycji 33, 10 listopada

Verso bardzo szybko okazał się interesującym przewodnikiem po świecie, a ponadto stanowi fajniejsze pośrednictwo w kontaktach z pozostałymi członkami drużyny niż Gustave. Mimo to nie trafił do składu bitewnego – jego mechanika podbijania „literek” oraz ciosach opartych na poświęcaniu zdrowia nie spodobała mi się. Cały czas jego członkiniami są Maelle, Lune i Sciel, służące za wielką siłę ognia.

W każdym razie dzięki mężczyźnie wiedzieliśmy, co dalej robić. Musieliśmy zniszczyć Serce Malarki w Starym Lumière (czyli pozostałej na kontynencie części naszego punktu startowego), wcześniej odwiedzając jego przyjaciela. Przebyliśmy drogę przez Zapomniane Pobojowisko pełne trupów poprzednich poszukiwaczy (ucząc się przy okazji tzw. kontr i ciosów gradientowych), gdzie doszło do konfrontacji z nowymi wrogami oraz potężnym Dualistą… A przynajmniej w teorii. Choć wymagał dwukrotnego pokonania, nie był większym wyzwaniem.

Następnie trafiliśmy do Stacji Monoco, będącej domem tytułowej postaci oraz nowopoznanej rasy Grandisów. Ci siłacze, którzy wolą toczyć pojedynki na słowa, skradli moje serce. Nasz nowy towarzysz także okazał się intrygujący, ewidentnie dysponując wiedzą wynikającą z wielu lat na tym padole. W tym momencie również zacząłem jako Verso budować relacje z towarzyszami. Rozmowy ze poszczególnymi osobami podbijają nasze punkty, odblokowując nowe ataki… A może i coś więcej? Odnoszę wrażenie, że Lune i Sciel zaczynają z nami flirtować.

Wraz z Monoco dotarliśmy do ruin miasta… I na początku zostaliśmy rozdzieleni przez jego nieodpowiedzialne zachowanie. Znalazł się przez to w drużynie ze wspomnianymi wyżej kobietami. Pokonując kolejne monstra i krocząc dalej, doceniłem piękno tej lokacji. Budowle poprzetykane WIELKIMI mieczami zabitego Axona wywarły piorunujące wrażenie. Wracając do przebiegu wydarzeń, na jakiś czas opuściłem tę trójkę w momencie, gdy odkryliśmy dziennik jednej z ekspedycji, zawierający pewien sekret tajemniczego wojownika…

A potem od razu przeskoczyłem do niego i Maelle. Ich więź coraz bardziej się zacieśniła podczas przeprawy. Wspólnie dotarliśmy jednak do rezydencji, w której ma znajdować się serce naszego głównego celu… Lecz tam już czekał na nas Renoir. Jak się okazuje od reszty drużyny, która wówczas do nas dołącza, jest on ojcem Verso, a dziewczynka z wizji to jego siostra, Alicia. Na rozwodzenie się nad sprawą nie było w tej chwili czasu, gdyż czekało nas starcie. Wspólnie radziliśmy sobie lepiej niż przy poprzednich spotkaniach, jednak niewiele to dało. Nasz adwersarz zniknął wraz z całym budynkiem, przy okazji pozbawiając życia małego Noco.

W obozie nadeszła pora na rozmówienie się. Verso przyznał, iż zataił prawdę, co zostało mu dość szybko wybaczone. Pozostawała kwestia, co dalej mamy robić. Jak się okazało ze znalezionego dziennika, który wspomina o możliwości wykonania przez Kustosza broni umożliwiającej przebicie bariery, za którą znajdował się Monolit. Do tego było jednak potrzebne pokonanie dwóch Axonów. Nieśmiertelny odradza ten pomysł, ale chyba nie mamy innego wyjścia.

Dziennik kapitański Ekspedycji 33, 15 listopada

Po próbie powrotu do niebezpiecznych wcześniej lokacji (obecnie dalej niebezpiecznych), ruszyliśmy na wyspę pierwszego Axona – Visagesa, Władcy Masek. Od początku próbował nam mieszać w głowach, a zwłaszcza Sciel, Udało się jednak zniszczyć jego trzy maski, osłabiając go przed ostateczną walką. Nie żeby stała się łatwa, ponieważ okazał się równie silny jak wielki. Potrafił również rzucać Uroki, po których drużyna zwracała się przeciwko sobie. Po paru podejściach wróciliśmy się, aby przerobić pikto Antyurok na luminę. Gdy wszyscy zyskali już odporność, udało się wygrać, dzięki czemu zdobyliśmy odłamek do powierzenia Kustoszowi.

Następnie trzeba było pokonać potężną Sirène, również omamiającą i zachęcającą do dołączenia do tańca. Jej siedziba okazała się przepiękna, bardzo kojarząc się z rzeczywistą starożytnością (przede wszystkim Egiptem i Rzymem). Co ciekawe, powstała już po rozpadzie Kontynentu. Po długiej wędrówce przetykanej lotem między punktami na specjalnych platformach, najpierw trafiliśmy na tkacza Tisseura, a później także samą olbrzymią tancerkę ze swoimi towarzyszkami. Tu też pojawiły się trudności, lecz nie było żadnego wytrychu. Trzeba było po prostu nauczyć się ataków i ich unikać. W końcu zwyciężyliśmy, zaś fragment szaty posłużył w połączeniu z poprzednim trofeum do wykucia Niszczyciela barier dla Maelle.

Jeszcze nim popłynęliśmy do Monolitu, stanęliśmy do walki z Grosse Tette. Skalna istota za nic miała nasze ataki, a atakowała nas ciągle się odbijając w formie kuli. Jak się okazało, należało stosować wyłącznie uniki lub parowanie (w którym dzięki temu starciu się podszkoliłem), aż w końcu wybuchł.

Nadeszła jednak nasza wielka chwila. Przedostaliśmy się do wielkiej góry, na której widniała wymalowana liczba 33. Potężne ciało Malarki siedziało u jej podnóża. Próbowaliśmy zaatakować, ale ciosy nawet jej nie drasnęły. Jak się okazało, musieliśmy wejść na szczyt, dokąd zostało przeniesione jej serce. Tajemnicza istota bez twarzy pozwoliła nam na wejście do wnętrza, przypominającego zlepek wszystkich poprzednio odwiedzonych miejsc. Poza napotkanymi już mobkami, pojawiły się nowe, bardzo silne stwory – Clair i Obscur. Ten etap wspinaczki kończymy na tzw. Spaczonym Lumière.

Dziennik kapitański Ekspedycji 33, 16 listopada

Mon Dieu… Wciąż do mnie dociera, co się wydarzyło w ciągu dnia. Absolutna kaskada wydarzeń i rollercoaster emocji, ale zacznijmy od początku. Spaczone Lumière, tak jak dotychczasowe oblicza miasta, było przepiękne. Chevaliery wprawdzie na początku sprawiały pewne trudności, ale do momentu, gdy zapamiętałem ich sekwencje ataków. Jak się z kolei okazało, to był ostatni przystanek przed naszym celem.

Nim jednak dotarliśmy na sam szczyt Monolitu, drogę zagrodził nam Renoir. Po rozmowie z Verso, w trakcie której padło kilka jeszcze nie do końca zrozumiałych kwestii, doszło do kolejnego starcia. Nie było łatwo, zwłaszcza że w pewnym momencie z odsieczą adwersarzowi przybył widmowy lew, jednocześnie całkowicie go uzdrawiając. Po kilku próbach jednak udało się go pokonać, zaś Maelle wraz z Kustoszem sprawili, że rozpłynął się jako płatki kwiatów. Spotkało go Gommage, które chcieliśmy zakończyć raz na zawsze.

I zakończyliśmy.

Zjawa wprowadzająca nas do wnętrza góry okazała się być Malarką we własnej osobie. Przez rozpoczęciem walka wzięła Verso za swojego syna, zaś Maelle za Alicię. Ten pierwszy faktycznie ją uznał na rodzicielkę, a dziewczyna nie wiedziała, o co chodzi. Konfrontacja była jeszcze trudniejsza niż poprzednia, zwłaszcza że składała się z dwóch wymagających etapów. Nasza główna przeciwniczka pokazała cały asortyment potężnych zdolności. Powtórek było co nie miara. W trakcie ostatniej, cała drużyna została wybita… Poza Verso. Ten zadał ostateczny cios, po którym wielkie ciało kobiety spadło ze wzniesienia. Konieczne było jeszcze zadanie kilku ciosów duchowi, w trakcie których nas… leczył. Wielkie zwycięstwo zostawiło słodko-gorzki posmak.

Ekspedycja 33 dobiegła końca. Wbiwszy flagę z naszą liczbą, dzięki odzyskanej zdolności latania Esquie wróciliśmy do głównego Lumière, gdzie przywitano nas jak bohaterów. Panowała ogólna radość, chociaż uczniowie Gustave’a nie mogli pogodzić się z jego odejściem… A nad wszystkim unosiła się niepokojąca aura. Verso trzymał się na uboczu przystani, gdzie otworzył list od siostry, który miał przekazać najmłodszej uczestniczce wyprawy.

W tym momencie triumf zamienił się w porażkę. Malarka chroniła wszystkich przed śmiercią z rąk oryginalnego Renoira, a że jej moce słabły, to ostrzegała ludność, której grupy nie będzie w stanie utrzymać przy życiu. To nie ona wywoływała Gommage, tylko zatrzymywała go, aby nie spadł na wszystkich. Domyślacie się zapewne, co nastąpiło później. Wszyscy zaczęli się rozpadać. Mieszkańcy miasta, Sciel, Lune, aż w końcu Maelle. To był koniec.

Wszystko zanosiło się na finał przygody, gdyż pojawił się napis „Epilog”. Przeszedłem w nim do innego świata, w ramach gry rzeczywistego. Co to znaczy? Kraina, którą przemierzaliśmy do tej pory, okazała się magicznym obrazem na płótnie pierwotnego Verso – Malarza z rodu Dessendre, który zginął w pożarze wywołanym przez Pisarzy. Jego matka, Aline, nie mogła się z tym pogodzić, więc w ramach żałoby odtworzyła na dziele syna oraz resztę rodziny jako nieśmiertelne byty. Realny Renoir chciał ją wyrwać z letargu, dlatego wszedł do obrazu, gdzie przybrał formę Kustosza. Całe nasze działania miały doprowadzić do ocknięcia się pani domu z pobytu w malowanym uniwersum.

I teraz postawmy sprawę jasno. Na ogół NIENAWIDZĘ motywów „to wszystko sen”, „ten świat nie istnieje” itp. Odnoszę wówczas wrażenie, iż dotychczasowe dokonania nie mają żadnego znaczenia. Tak też było w tym przypadku… Przynajmniej do momentu, gdy oryginalna Alicia, w którą wtedy się wcielałem, postanowiła wrócić na Kontynent. Za namową swojej siostry, Clei, wcześniej weszła do obrazu, aby pomóc obojgu rodziców się wyrwać. W efekcie jednak przeżyła kilkanaście lat bez pamięci, ale też poparzeń i ogromnych problemów z mówieniem, jako dorastająca dziewczyna o imieniu… Maelle. Ukrywszy płótno w nieznanym miejscu, znów zstąpiła do Lumière. Mimo wątpliwości Verso chciała odtworzyć wszystkich mieszkańców, jednak nie mogła tego zrobić w tamtym momencie. Pojawił się bowiem pierwotny Renoir z zamiarem zniszczenia całego tego świata. Nie udało mu się jednak wyrzucić córki, gdyż z odsieczą przybyli Esquie i Monoco, zabierając „rodzeństwo” poza jego zasięg.

W obozie Maelle (dalej tak będę ją nazywał, gdyż sama wyraziła takowe życzenie) za sprawą swojej umiejętności malowania odtworzyła Lune i Sciel. Cała drużyna postanowiła ochronić krainę przed panem Dessendre. Jakoś jednak trzeba było się zmierzyć z jego armią nevronów. Tu dziewczyna wpadła na wyjątkowy pomysł, aby stworzyć największą ekspedycję w historii. Mianowicie wskrzesiła wszystkich poległych poszukiwaczy. Z taką armią mogliśmy pokonać siły Renoira… Ale na to przyjdzie czas innego dnia.

Dziennik kapitański Ekspedycji 33, 15 grudnia

Kolejna przerwa w pisaniu bynajmniej nie oznacza, że się obijaliśmy. Uznaliśmy bowiem, iż trzeba wzmocnić się przed ostateczną bitwą, a zatem podróżowaliśmy po Kontynencie celem odkrywania nowych lokacji, zdobywania doświadczenia oraz wykonywania zadań. Maelle, Lune i Monoco poprosili o pomoc w załatwieniu swoich spraw. Najpierw wyruszyliśmy na Wyspę Oczu, aby nasza magiczka poznała los swoich rodziców. Doszło przy okazji do ciężkiego starcia z Glissando, który pożerał nieprzytomnych członków drużyny.

Nasz futrzasty towarzysz pragnął ożywić biednego Noco, zanurzając jego ciało w Świętych Wodach. Na drodze jednak stanęła nam Golgra, nie dopuszczając, abyśmy z Verso i białym gestralem, że tak to ujmę, wepchnęli się w kolejkę. Walka znów nie należała do łatwych. Ba, musieliśmy nawet na jakiś czas opuścić lokację i się wzmocnić. Dopiero potem się udało zwyciężyć z liderką plemienia. Zajęła się ona następnie przywróconym do życia malcem… będącym w rzeczywistości wielokrotnie zmarłym mistrzem Monocco. Gdy odwiedziliśmy wioskę, niestety nas nie pamiętał… Nawet teoretycznie pozytywne zakończenia zostawiają nas z poczuciem smutku.

Nie inaczej było w przypadku nastoletniej malarki. Ta bowiem zapragnęła spotkać się ze swoim odpowiednikiem stworzonym przez matkę. W ten sposób rozpoczęliśmy wspinaczkę ku szczytowi powstającej wieży, mającej sięgnąć nieba. Zajęło nam to godziny, ale w końcu dotarliśmy do Alicii oraz trzeciego Axona. Nastąpiło krótkie, pozbawione złości starcie. Takie… melancholijne. Współczuję Verso, czego tam doświadczył. 

Verso. Renoir. Aline. Alicia. Napotkaliśmy wszystkie malowane wersje członków rodziny Dessendre poza jedną – Cleą. Ta zaś skryła się w Latającej Posiadłości, a żeby się do niej dostać, musieliśmy pokonać jej czterech pupili. Starcie z dziewczyną dysponującą taką potęgą okazało się nie lada wyzwaniem. Gdyby nie potęga Maelle, spotkałby nas marny los. 

A propos Clei i wyzwań, dane nam było trafić także na jej wersję ze świata poza obrazem. Miało to miejsce w Bezkresnej Wieży, gdzie postawiła przed nami 33 próby. Na początku wygrywaliśmy z przeciwnikami bez trudu, lecz później pojawiły się niemałe trudności. Musieliśmy kilka razy odpuścić i wrócić później wzmocnieni. Mimo że ostatnia próba wyciskała z nas siódme poty, udało się przezwyciężyć potężną parę. Oczywiście także w tym spory udział miała młoda malarka. Podobnie jak później podczas starcia z Serpenphare, gdy przez kilka godzin w pojedynkę była w stanie dawać odpór latającej nad Kontynentem bestii.

Między tymi wszystkimi przygodami odwiedzaliśmy inne miejsca. Przykładowo, przy Fontannie zostaliśmy nagrodzeni za oszczędzenie białych nevronów. Przebiliśmy się przez Szkice Renoira, nie schodząc jednak jeszcze do Czeluści. Krzywiliśmy się podczas sprawdzianów zręczności na plażach gestrali. Z satysfakcją na Mrocznym Wybrzeżu wybijaliśmy monstra, które na początku wyrżnęły większość naszej ekspedycji. W końcu jednak uznaliśmy, że nie ma sensu zwlekać. Pojutrze zaatakujemy Renoira.

Dziennik kapitański Ekspedycji 33, 17 grudnia

Ekspedycja dobiegła końca. Bieg przez Lumière poszedł bez problemów. Stwory okupujące miasto padały jak muchy pod ciosami naszymi oraz ożywionych poszukiwaczy. Czuliśmy się wspaniale, jakby nic nas nie mogło zatrzymać przed sukcesem i faktycznie nie mogło. Stając naprzeciw Renoira, wyprowadzaliśmy najsilniejsze ataki, zaś gdy sytuacja wydawała się pogarszać, z odsieczą przybyła Aline. To było piękne zwycięstwo… Zyskało jednak bardzo gorzki posmak.

Można było lepiej zrozumieć chęci ojca z wyrwania swojej rodziny z uzależnienia pobytem w innym świecie. Chociaż został przekonany (a może i nie) przez córkę, iż tym razem będzie inaczej niż w wypadku jej matki, ktoś postanowił dokończyć jego dzieła. Tym kimś był Verso, który przebiegł przez portal prowadzący do cząstki duszy swej „prawdziwej” wersji w postaci chłopczyka. Dziecko to nieustannie malowało, dbając o przetrwanie płótna. Zanim doszło do przerwy w malowaniu, zainterweniowała Maelle. Wówczas musiałem dokonać bardzo ciężkiego wyboru. Musiałem się nad nim zastanowić przez dłuższą chwilę. Rozumiałem obie strony, lecz nie dało się pogodzić ich perspektyw. Oboje myśleli w pewnym stopniu egoistycznie i bez patrzenia na potrzeby drugiej osoby. Nie było tutaj dobrego rozwiązania.

Ostatecznie stanąłem po stronie Maelle, gdyż postacie z płótna traktuję jako istoty żywe w równym stopniu jak Dessendrowie. Nie mogłem zatem zgodzić się na ludobójstwo, które mężczyzna proponował w imię prywatnej niechęci do dalszego życia. Decyzja dziewczyny wpłynęła tylko na niego i na nią samą. Jeśli woli żyć w obrazie jako w pełni sprawna i otoczona przyjaciółmi (w tym odtworzonymi Gustavem, Sophie i innymi mieszkańcami miasta) kosztem własnego zdrowia, to jej decyzja. Verso nie miał prawa jej tego odmówić, lecz ona też powinna uszanować jego wybór odnośnie śmierci zamiast zmuszać do grania na fortepianie. Pozostało tylko mieć nadzieję, że faktycznie pozwoli mu odejść, gdy się zestarzeje.

Dziennik kapitański Ekspedycji 33, 18 grudnia

Wprawdzie nasza główna misja została wykonana, jednak musieliśmy jeszcze dokończyć kilka zaległych spraw. W pierwszej kolejności odszukaliśmy brakujące dzienniki poprzednich wypraw. Najbardziej zaskoczyła nas historia Ekspedycji 60, która zdołała odkryć całą prawdę 27 lat przed nami i tylko Gommage im przeszkodziło w dostarczeniu wieści. Gdy już wszystkie odnaleźliśmy, pozostało nam stanąć do walki z legendarnym wojownikiem bytującym w Otchłani. Tym, który w pojedynkę pokonał Axona w Starym Lumière. 

Mieliśmy już do czynienia z silnymi przeciwnikami, ale żaden z nich nie mógł się równać z Simonem. Sekwencje potężnych ciosów były tak szybkie i nieregularne, że ich sparowanie lub uniknięcie graniczyło z niemożliwością. Jakby tego było mało, potrafił usuwać członków naszej drużyny z płótna! Przy kolejnych próbach podejmowaliśmy co i rusz nowe strategie, lecz nadal nie potrafiliśmy mu dotrzymać kroku. Finalnie zdecydowałem, aby wszystkie siły położyć w Maelle. Wówczas wystarczyły dwa użycia potężnej umiejętności Stendhal. Dzięki temu dawny ukochany Clei padł i rozsypał się w proch. Udało się. Wędrówka dobiegła końca, czas wrócić do domu.

Dziennik kapitański Ekspedycji 33, 20 grudnia

Już mieliśmy powrócić, a tu nagle przy Lumière wypłynęła zupełnie nowa wyspa! Okazało się, że na jaw wyszły Szkice Verso, czyli miejsce, w którym zmarły malarz za młodu spędzał czas wolny z dala od sióstr. Po tylu wydarzeniach miejsce to wyglądało jak idealne na wypoczynek. I faktycznie przez chwilę udało nam się zrelaksować w kurorcie gestrali… Szybko jednak się okazało, iż kraina posiada drugie, nieco mroczniejsze oblicze. Także tutaj trafiliśmy na różnych przeciwników, z czego najpotężniejszym okazał się największy wróg Esquie oraz jednocześnie jego kuzyn – Osquio. Oj, z nim to było ciężko. Próba za próbą, porażka za porażką… Aż wreszcie wygraliśmy i dzięki temu zdobyliśmy piękne błyszczące stroje. W ten sposób, uśmiechnięci oraz zrelaksowani, tym razem już ostatecznie zakończyliśmy przygodę. Odkładam zatem pióro i zaczynam myśleć o kolejnej wyprawie… Może do Revachol?

Dziennik kapitański Ekspedycji 33, 3 marca

Minęły trzy miesiące, a wspomnienia związane z Ekspedycją 33 dalej we mnie żyją. Zdążyłem w międzyczasie pomóc detektywom Du Bois i Kitsuragiemu rozwiązać zagadkę morderstwa oraz opanować zarazę na ulicach Nowego Jorku z Alexem Mercerem. Żadne z tych doświadczeń nie może się równać z emocjami podczas przemierzania przepięknego, zróżnicowanego geograficznie Kontynentu u boku Maelle, Gustava, Verso, Lune, Sciel, Monoco oraz najukochańszego Esquie. Bardzo się z nimi zżyłem, w czym bardzo pomogło wzajemne zacieśnianie relacji. Byłem w stanie dobrze ich poznać i zrozumieć kierujące nimi motywy.

Podczas tej niezwykłej, obfitującej w zwroty akcji podróży, nie brakowało nam przejmującego do krwi smutku bądź gniewu, ale również momentów głośnego śmiechu i szczerej radości. Przyznaję, w wielu chwilach byłem bliski płaczu z tego czy innego powodu. Napotkaliśmy wiele interesujących osób, na czele z Renoirem. Choć wiele nas dzieliło, byłem w stanie pojąć jego motywacje. W innych okolicznościach być może szedłbym z nim pod ramię, służąc pomocą. Mało co okazało się w tym świecie czarno-białe… Pomijając część widoków, rzecz jasna.

Z czasem przekonałem się również do zasad kierujących walką. Nawet udało mi się opanować parowanie uderzeń, co szczególnie pod koniec miało znaczenie. Zacząłem dostrzegać wzajemne połączenia między pikto/luminami, także z niebagatelnym znaczeniem. To głównie one decydowały o wszystkich zwycięstwach. Podczas ostatnich etapów dysponowaliśmy niesamowitą potęgą, co budziło me zadowolenie za sprawą wspomnienia, jak początkowo byliśmy słabi.

Melodie, które nam towarzyszyły, odtwarzam niemalże dzień w dzień. Szanowny pan Lorien Testard godny jest największych wyróżnień za tak umiejętne połączenie skrajnie różnych instrumentów i stylów. Być może jako Polak zbluźnię, lecz nawet towarzysząc Geraltowi z Rivii nie słyszałem tak pięknej muzyki, mimo że różnica jakościowa nie jest ogromna. Motywy pokroju „Lumière” bądź „Une vie à t'aimer” zapamiętam do końca życia.

Dostrzegłem kilka bolączek trapiących przemierzane tereny, jak niewidzialne bariery uniemożliwiające choćby wskoczenie na niewielki głaz. Budziły pewną irytację, podobnie jak konieczność powtarzania tych samych pojedynków lecz mam świadomość, iż bóstwa z panteonu Sandfall nie dysponują tak wielką mocą jak ich starsi bracia. Poza tym, takie błahostki nie mają znaczenia względem opowieści, której byliśmy częścią. Opowieści wciągającej, poruszającej wiele trudnych zagadnień związanych z moralnością, przeżywaniem trudnych życiowych momentów czy funkcji sztuki i jej relacji z twórcą.

Jeśli będziecie mieli szansę ją odkryć inaczej niż przez te zapiski, skorzystajcie z okazji bez wahania. Bez wahania mogę napisać, że bez Ekspedycji 33 mój żywot byłby zdecydowanie uboższy. Wdzięczny jestem losowi i Sandfall za możliwość tej wyprawy, która już w tym momencie kształtuje część moich czynów. Gdyby nie ona, nie wyruszyłbym do Gdańska w przebraniu Renoira, nie poznałbym wielu niesamowitych osób i nie poprowadziłbym marszu bagietkowego przez środek wielkiej hali. Dla takich doświadczeń istnieje kultura. Vive l'art!

Komentarze