[RECENZJA] "Galavant" - sezon pierwszy


Tekst pierwotnie opublikowany na stronie Café Raptor w 2015 r.

Nie miałem większych oczekiwań, jeśli chodzi o Galavanta. O tym, że taki serial znajduje się w produkcji, usłyszałem raz. Gdy zaczęły napływać pozytywne opinie, postanowiłem sam sprawdzić, skąd takie zachwyty.


Ale po kolei. Galavant to produkcja stacji ABC, osadzona w realiach baśniowego średniowiecza. Tytułowy bohater jest bohaterem w pełni tego słowa znaczeniu – to wielki wojownik o przystojnym obliczu, którego przygody stanowią kanwę wielu opowieści. Akcja rozpoczyna się, gdy ukochana Galavanta, Madalena, zostaje porwana przez złego króla Ryszarda i zmuszona do ślubu, w związku z czym rycerz rusza na ratunek. Brzmi to jak kolejna prosta bajka dla dzieci, jednak szybko okazuje się, że tak nie jest. Nie chcąc za bardzo spoilerować, dodam jedynie, iż Galavant dociera do zamku Ryszarda… Na początku pierwszego odcinka. 


Twórcy serialu umiejętnie wywracają do góry nogami znane nam schematy, co jest widoczne przede wszystkim w kreacjach postaci. Nie prezentują one charakterystycznego dla baśni podziału na dobre i złe. Rycerz wcale nie jest taki idealny, jego wybranka nie jest taka niewinna, a zły monarcha okazuje się jednym z najsympatyczniejszych bohaterów. Sprawia to, że ich przygody ogląda się z zainteresowaniem. Do tego dochodzi świetna gra aktorska. Jako że większość aktorów nie należy do grona powszechnie znanych, tym bardziej zaskakują wczuciem się w role. Według mnie zdecydowanie najlepiej wypadł grający Ryszarda Timothy Omundson, jednak Joshua Sasse – odtwórca tytułowej roli – niewiele mu ustępuje. Co jednak ważne, wszyscy, nawet ci z drugiego czy trzeciego planu, potrafią dobrze śpiewać. 


Zapomniałem bowiem wspomnieć, że Galavant jest musicalem. O ile nie przepadam za tą formą, tak tutaj wcale mi nie przeszkadzała. Piosenki szybko wpadają w ucho dzięki chwytliwym i zabawnym tekstom Glenna Slatera (którego można kojarzyć dzięki piosenkom z Zaplątanych), muzyce skomponowanej przez Alana Menkena (tak, to ten pan od klasycznych hitów Disneya) oraz genialnemu wykonaniu. Istotny jest też fakt, iż w żadnym wypadku nie są wrzucone na siłę – zawsze wpasowują się w akcję.


Jednak nawet dobre aktorstwo i świetne piosenki nic nie wskórają przy złym scenariuszu. Na szczęście w przypadku tego serialu nie ma czego się obawiać. Rzecz jasna realizmu jest tutaj niewiele, jednak przy takiej konwencji nawet nie próbuję się go dopatrywać. To komedia, do tego baśniowa! Dlatego serial ma jedno podstawowe zadanie – bawić. A to robi perfekcyjnie. Bawią dialogi, bawi wyśmiewanie schematów, bawi absurd sytuacyjny. Być może ten rodzaj humoru nie trafi do każdego, jednak przy ludzkim zróżnicowaniu gustów jest to zwyczajnie niemożliwe. 


Czy zatem Galavant ma jakieś wady? Jedną, za to dosyć poważną – cliffhangery w ostatnim odcinku. Przy tak niepewnej przyszłości serialu (oglądalność w USA jest dość mała) pozostawienie tylu wątków otwartych jest wręcz okrutne. Do tego dyskusyjna może być sama formuła serialu: sezon bowiem składa się z ośmiu odcinków, puszczanych po dwa co tydzień. Dodatkowo każdy trwa 20 minut. Z jednej strony dzięki temu nie dłuży się, zaś z drugiej taka dawka humoru jest zbyt mała. 


Można jednak przymknąć na to oko, ponieważ zalety serialu przeważają. Dlatego właśnie uważam Galavanta za jeden z najlepszych seriali wśród tych, które oglądałem. Mam tylko nadzieję, że drugi sezon mimo problemów powstanie…

Komentarze