Gwiezdne wojny są fenomenem na skalę światową – to fakt w zasadzie niepodważalny. Seria zapoczątkowana przez George’a Lucasa 38 lat temu podbiła całą kulę ziemską. Nie wszyscy jednak pamiętają, że filmowa saga to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Zaledwie rok po premierze Nowej nadziei powstała powieść Alana Deana Fostera pt. Spotkanie na Mimban, która opowiadała nową historię osadzoną między czwartym a piątym epizodem. Jednocześnie zapoczątkowała ona powstawanie tzw. Expanded Universe (w skrócie EU) – tworu obejmującego wszystkie licencjonowane materiały inne niż filmy, które poszerzały i tworzyły kanon świata Star Wars.
Do 2014 roku na EU składały się 3 seriale animowane, 166 powieści, ok. 366 komiksów oraz ponad 60 gier video. Opowiadały one historię rozciągającą się na 26 tysięcy lat przed bitwą o Yavin i 138 lat po niej. Całkiem spory dorobek. Mimo to 25 kwietnia 2014 Disney jako właściciel praw do Gwiezdnych wojen postanowił zrestartować markę. Wszystkie utwory pozafilmowe zostały przeniesione do działu Legendy jako alternatywna rzeczywistość. Postanowiono zbudować nowy kanon, który obecnie składa się z dotychczasowych sześciu filmów, 2 seriali animowanych, 6 powieści i 10 komiksów.
Ta ogromna zmiana podzieliła fandom gwiezdnowojenny jeszcze bardziej niż Trylogia Prequeli. Jedni zadeklarowali porzucenie hobby, inni zaś przyjęli informację ze spokojem i zrozumieniem. Do dziś na forach toczą się kłótnie zwolenników i przeciwników nowego porządku, podczas których pojawiają się zarówno merytoryczne argumenty, jak i personalne wyzwiska.
Ja sam początkowo poczułem się skrzywdzony decyzją Disneya. Przez dziesięć lat zgłębiałem uniwersum Gwiezdnych wojen poprzez zbieranie kolejnych książek i komiksów, jednak obecnie nie mają one znaczenia z punktu widzenia historii galaktyki. Znakomicie napisane postacie, takie jak wielki admirał Thrawn bądź Mara Jade Skywalker, do których zdążyłem się przywiązać (podobnie jak rzesza fanów), w obecnym kanonie nie istnieją. Dodatkowy ból sprawia też fakt, iż przed podjęciem decyzji Disney powołał specjalną komisję, której zadaniem było przygotowanie EU pod nadchodzące filmy, tym samym dając fanom nadzieję. Ostatecznie poszła ona po linii najmniejszego oporu.
Dopiero z czasem zacząłem dostrzegać znaczące zalety posunięcia „firmy Myszki Miki”, które ostatecznie zmieniły mój pogląd. Niektórzy fani zapomnieli, że dla George’a Lucasa znaczenie EU było niewielkie – choć niektóre elementy przeniósł do filmów (np. Coruscant, które po raz pierwszy pojawiło się w Dziedzicu Imperium), to nie miał oporów, by ignorować część faktów z książek bądź komiksów. Podobnie czynili inni twórcy gwiezdnowojenni, w związku z czym stary kanon zawierał wiele sprzeczności, łatanych w sposób dość naciągany. Dzięki ruchowi Disneya nowe fale fanów będą miały ułatwione zadanie, ponieważ już teraz widać, że koncern poważnie podchodzi do ciągłości między poszczególnymi źródłami.
Warto także spojrzeć na to, kto tworzy utwory nowokanoniczne. Są to ci sami ludzie, którzy brali udział w kreowaniu EU. Co więcej, przemycają oni elementy starego porządku do najnowszych dzieł. Dobrym przykładem jest tutaj Tarkin Jamesa Luceno. W książce znajduje się wiele odniesień do poprzednich, starokanonicznych powieści autora, takich jak Labirynt zła czy Darth Plagueis. Dlatego też można mieć nadzieję, że kolejni twórcy będą postępować podobnie.
Należy także pamiętać, iż EU to nie tylko świetna Trylogia Thrawna czy Trylogia Dartha Bane’a, ale też twory mierne, jak choćby Planeta życia i seria Młodzi Rycerze Jedi. Pisarze prześcigali siebie nawzajem w wymyślaniu kolejnych zagrożeń dla głównych bohaterów, przez co dochodziło do sytuacji kuriozalnych, jak np. myśliwiec mogący zniszczyć cały system planetarny jednym strzałem. W prawdzie nie mamy gwarancji, że w nowym kanonie nie będą pojawiać się pozycje beznadziejnie napisane lub z absurdalną fabułą, jednak wyżej wspomniany Tarkin bądź Lordowie Sithów Paula Kempa dają nadzieję na to, że nie będzie tak źle.
Już w grudniu czeka nas premiera Przebudzenia Mocy. Po raz pierwszy od lat mamy okazję pójść na Gwiezdne wojny do kina i poczuć ten niesamowity klimat. Aby jednak do tego doszło, EU musiało zostać skasowane. Czy było warto? Myślę, że każdy po seansie będzie musiał sam odpowiedzieć na to pytanie. Ja staram się patrzyć optymistycznie, jako że przed marką stoi szansa na dotarcie do kolejnych pokoleń. Dzięki Disneyowi być może za kilkanaście lat będziemy mogli rozmawiać z naszymi dziećmi o przygodach z odległej galaktyki.

Komentarze
Prześlij komentarz