[FELIETON] W obronie Trylogii Prequeli


Tekst napisany na zaliczenie zajęć na studiach w 2015 r.

O tym, że gwiezdnowojenna Trylogia Prequeli jest beznadziejna napisano już wiele tekstów. Nic dziwnego: gdy w 1999 roku w kinach pojawiło się Mroczne widmo, fani Starej Trylogii dostali produkt w wielu momentach nudny, z wyjątkowo przeciętnym scenariuszem, a na dodatek przesycony efektami komputerowymi oraz kiepskimi elementami humorystycznymi. Chociaż George Lucas w kolejnych epizodach próbował naprawić popełnione błędy, wyszło mu to dość nieudolnie. Hejt na prequele urósł do takiego stopnia, że Disney całkowicie je pomija podczas promocji Przebudzenia Mocy.

Mimo to istnieją także ludzie, którym części I-III się podobają – niektórym nawet bardziej od ubóstwianej przez resztę Klasycznej Trylogii. Ja osobiście jestem daleki od tak wielkiego zachwytu, jednak pozostaję fanem całości sagi – także tych nieszczęsnych prequeli. Zdaję sobie sprawę z ich wad, ale dostrzegam także zalety, o których niektórzy zdają się zapominać. 

Przede wszystkim jeden element nie uległ zmianie względem poprzednich filmów, a mianowicie mowa o muzyce. John Williams był, jest i będzie kompozytorem tworzącym utwory na najwyższym poziomie. Chociaż wątek miłosny Anakina i Padme przyprawia o ból głowy fatalnymi dialogami oraz brakiem chemii między aktorami, ma on jedną zasadniczą zaletę – genialny motyw muzyczny. Nie można także zapomnieć o melodiach towarzyszących walkom. Battle Of The Heroes z Zemsty Sithów jest stosownie podniosłe i rewelacyjnie podkreśla wagę pojedynku Kenobiego ze Skywalkerem. Z kolei Duel Of The Fates, pojawiające się pierwszy raz podczas starcia dwóch Jedi z Darthem Maulem, w większości rankingów znajduje się w czołówce najlepszych i najczęściej słuchanych utworów serii, razem z głównym tematem i Marszem Imperialnym

Skoro już mowa o walkach, warto zaznaczyć, że stoją one na znacznie wyższym poziomie niż w Starej Trylogii. Wynika to oczywiście z większych możliwości twórców, ale fakt pozostaje faktem: starcia w prequelach są widowiskowe i efektowne, odmiennie od prostych potyczek w częściach IV-VI. Kontrast najlepiej widać na przykładzie obu walk Obi-Wana Kenobiego z Anakinem/Vaderem. W Nowej nadziei ich pojedynek wygląda dosyć nieporadnie, zaś w Zemście Sithów jest żywiołowy i pełen energii. 

Często podnoszonym zarzutem wobec prequeli jest kiepska gra aktorska, co jest dosyć zabawne, ponieważ podobnie było w pierwszych filmach. W obu trylogiach znajdą się role zagrane lepiej, jak i gorzej. Do tej drugiej grupy zalicza się w zasadzie cała rodzina Skywalkerów (Anakin, Luke oraz Leia). Z kolei do tych pierwszych należy choćby niezapomniany Han Solo w wykonaniu Harrisona Forda, ale także Obi-Wan Kenobi (i to w wykonaniu obu aktorów, bowiem Ewan McGregor świetnie wypada jako młodsza wersja Aleca Guinnessa). Dla mnie najlepiej wypadł Ian McDiarmid jako Imperator Palpatine, gdyż ukazał swoją postać zarówno jako doskonałego manipulatora potrafiącego ukrywać prawdziwą tożsamość, ale także jako przerysowanego złoczyńcę rechoczącego w chwilach triumfu. 

Między innymi dlatego w nowszych częściach podobał mi się jeden z krytykowanych elementów – intrygi polityczne. Sposób dojścia Dartha Sidiousa do władzy wypada moim zdaniem całkiem ciekawie. Wprowadzenie takiego wątku urozmaica także prostą fabułę, czego zabrakło w Klasycznej Trylogii. Dodatkowo wzbogaca on naszą wiedzę o świecie przedstawionym, np. przez ukazanie działania Senatu Galaktycznego. 

W ten sposób przechodzimy do ostatniej, bardzo ważnej zalety: rozbudowania uniwersum. W Nowej Trylogii pojawia się wiele nowych planet (np. Naboo, Coruscant, Geonosis) oraz ras (np. Dugowie, Neimoidianie, Kaminoanie). Przedstawiono, jak wyglądały wojny klonów oraz powstanie Imperium - bardzo istotne wydarzenia z punktu widzenia historii świata, o których wcześniej jedynie wspomniano w jednym z dialogów. W końcu też dowiadujemy się więcej o Zakonie Jedi – organizacji wcześniej bardzo tajemniczej i mistycznej. 

Nie twierdzę, że Trylogia Prequeli nie ma wad. Atak klonów uważam za film nieudany, boli mnie gra Haydena Christensena i nie cierpię Jar Jara Binksa (choć według pewnej teorii bohater ten miał potencjał.) Mimo to dostrzegam cechy pozytywne oraz to, że epizody IV-VI także miały wady, o czym duża część fanów nie pamięta ze względu na nostalgię. Już w najbliższy piątek będzie miała miejsce premiera Przebudzenia Mocy. Wówczas zobaczymy, czym fani kierują się przy ocenie.

Komentarze