Lubię świat Warcrafta i choć gardzę WoWem za spapranie lore, to staram się śledzić kolejne informacje na bieżąco. Po części dlatego, by zobaczyć, co Blizzard spaprał. Ale głównie jednak dlatego, że książki z tego uniwersum zawsze czytało mi się dobrze. A teraz, przed premierą nowego dodatku do WoWa wyszła książka o jednym z moich ulubionych bohaterów – Illidanie Stormrage’u. Miałem pewne obawy, bowiem autor to debiutant w tym świecie. O ile o Christie Golden i Richardzie A. Knaaku mam wyrobioną opinię (i to całkiem pozytywną), to tutaj nie wiedziałem czego się spodziewać.
Powieść wypełnia białe plamy w historii upadłego nocnego elfa i opowiada przede wszystkim o jego rządach na Rubieżach. Mamy też okazję powtórzyć sobie dwa wydarzenia znane z Warcrafta 3, wzbogacone o perspektywę głównego bohatera. I może to przez sentyment do gry, ale właśnie te dwa pierwsze rozdziały wydały mi się najlepsze. Potem jest coraz nudniej.
Choć Illidan przez cały czas jest w centrum opowieści, to historię poznajemy z perspektywy trojga kolejnych bohaterów: Strażniczki Maiev Shadowsong, upadłego draenei Akamy oraz łowcy demonów Vandela. Z tej trójki tylko Akama mnie zaciekawił. Wcześniej uważałem go za naiwniaka, który dopiero po latach służby u Illidana zorientował się, że jego pan jest zły. Teraz jednak widzę, z jakimi problemami się zmagał przez te wszystkie lata. I być może mógłby uchodzić za całkiem dobrego intryganta, gdyby nie fakt, iż większość bohaterów książki cierpi na zaćmy umysłowe. W takiej sytuacji nietrudno knuć intrygi.
Osobny akapit poświęcam Maiev, której nie znoszę już od Warcrafta 3, ale teraz przeszła samą siebie. Większość jej rozdziałów można streścić w następujących słowach: „Maiev nienawidzi Illidana i strzela focha na każdego, kto jej nie chce pomóc.” Przy tym uparcie twierdzi, że wcale nie stała się taka jak on. Oczywiście, na koniec książki w końcu to do niej dociera (to nie spoiler – więcej poniżej).
Wypadałoby jeszcze coś wspomnieć o Vandelu, więc wspominam. Ot, kolejny bohater, któremu demony zamordowały rodzinę i szuka zemsty. W tej prozaicznej motywacji nawet istniał pewien potencjał, ale został całkowicie zmarnowany. Dlatego ostatecznie Vandel jest całkowicie nijaki – nawet ze swoim wewnętrznym konfliktem.
Sam Illidan w teorii został oddany bardzo dobrze – wciąż jest to ten sam antybohater, który wybiera mniejsze zło, by zniszczyć Płonący Legion. Problem w tym, że powieść zawiera wprowadzenie pomysłu Blizzarda na rozwój tego bohatera w World of Warcraft: Legion. A pomysł ten jest identyczny jak wątek Kerrigan w StarCrafcie 2, przez co dostajemy nie dość, że odgrzewany kotlet, to jeszcze niesmaczny i niepasujący do wcześniejszych zdarzeń.
Jednym z ważniejszych problemów Illidana jest to, że zakończenie znamy od 2007 roku. Każdy rozdział rozpoczyna się odliczaniem do Upadku. Od początku zatem można domyślać się, że finałem książki będzie konfrontacja ze Zdrajcą przedstawiona w dodatku do WoWa pt. The Burning Crusade. Tak, drodzy gracze, Wy też pojawiacie się w tej książce jako „poszukiwacze przygód z Azeroth”. Problem w tym, że elementy z gry są aż nazbyt widoczne, np.
- „Sojusznicy Akamy nerwowo sprawdzili swą broń. Illidan zdawał się czekać, by jego wszyscy przeciwnicy wyłonili się z przejścia”, czyli „gracze sprawdzają swoje eq przed walką z bossem”.
- „ Z grupy wystąpił potężny wojownik, odziany w ciężką zbroję, spowity ochronnymi czarami. Illidan widział sieć magii obronnej łączącej wojownika z magami z Azeroth”, czyli „tank jest buffowany przez magów i rusza na bossa”.
Takich przykładów jest jeszcze więcej i za każdym razem się śmieję, gdy to czytam.
Nie wiem, ile w tym winy tłumaczki (która bardzo dobrze sobie poradziła w kwestii nazw własnych, co od początku historii Warcrafta w Polsce było problematyczne), ale styl pisania wydaje się aż nazbyt prosty i daleko mu do Golden czy Knaaka.
Patrząc na wszystkie zalety i wady książki, nie jestem w stanie polecić jej z czystym sumieniem. Osoby nieznające uniwersum w prawdzie mogłyby się bez problemu odnaleźć, ale nie wychwyciłyby smaczków widocznych dla wyjadaczy, przez co tracą jeden z najważniejszych plusów. W związku z tym sugeruję, by za Illidana wzięli się przede wszystkim fani, a i tak tylko dla pogłębienia wiedzy o świecie, bez oczekiwania na dobrze napisaną pozycję.

Komentarze
Prześlij komentarz