UWAGA: Sama recenzja nie zawiera spoilerów, lecz pojawiają się one w przypisach. Jednocześnie są odpowiednio oznaczone.
Suicide Squad był jednym z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie filmów tego roku. Nie tylko ze względu na bycie częścią Rozszerzonego Uniwersum DC. Do tej pory nie mieliśmy zbyt wielu filmów opartych na komiksach, w których wiodącą rolę odgrywali antybohaterowie (bądź złoczyńcy). Mimo średnio udanego rozwinięcia świata w Świcie sprawiedliwości oraz pewnych obaw (m.in. względem Jokera), miałem sporo nadziei względem dzieła Davida Ayera i nie zrażałem się napływającymi recenzjami.
I ostatecznie wszystkie moje obawy potwierdziły się w całości, zaś nadzieje – tylko w kilku wypadkach.
Zacznijmy tradycyjnie od fabuły. Po wydarzeniach z Batman v Superman pani Amanda Waller wpada na pomysł stworzenia grupy superzłoczyńców, która mogłaby przeciwstawić się nadnaturalnym zagrożeniom. Gdy takowe pojawia się w Midway City, drużyna oficjalnie zwana Task Force X zostaje wysłana, by zażegnać problem. Oczywiście na szali leży los całego świata, bo jakżeby inaczej? Nie można przecież zrobić filmu o kameralnej sprawie. Nic to, że do takich zadań bardziej nadawaliby się prawdziwi bohaterowie.
To wciąż jednak dość mała wada przy spapranym złoczyńcy. Nie pojmuję robienia tajemnicy w tej kwestii przez twórców filmu – wszystkie zapewnienia spełzają na niczym, a wróg (anty)bohaterów jest absolutnie bezpłciowy [1].
W filmach opartych na komiksach superbohaterskich staram się nie czepiać głupotek fabularnych. Były, są i będą one obecne w każdym tego typu obrazie – nawet tak dobrym jak Mroczny Rycerz czy Watchmen. Zaznaczę zatem, że jest ich w Suicide Squad sporo, jednak w mojej opinii nie psują aż tak odbioru całości. No i nie są to idiotyzmy pokroju „Save Martha!” [2]
Ogólny odbiór psuje za to kolejna niespełniona obietnica i w zasadzie mój największy zawód - brak tej rozrywkowej, luźnej atmosfery znanej ze zwiastunów. W prawdzie pojawiają się elementy, które na moment ją przywołują (m.in. znane wszystkim piosenki typu Bohemian Rhapsody), lecz wydają się wrzucone na siłę. Co więcej, część tych lżejszych scen została drastycznie obcięta względem trailerów [3]! Z kolei reszcie filmu bliżej do mocno krytykowanego pierwszego trailera, prezentowanego pierwotnie na SDCC 2015.
Czas jednak przejść do najważniejszego elementu Suicide Squad, czyli protagonistów. Przed premierą obawiałem się, że pierwsze skrzypce będą grać Harley i Deadshot, zaś reszta Samobójców zostanie potraktowana po macoszemu. Niestety, miałem rację.
Zgodnie z przewidywaniami Margot Robbie wypadła rewelacyjnie jako Quinn. Choć w niektórych momentach wydawała się zbyt normalna [4], przez większość czasu to pyskata, nieprzewidywalna wariatka wykorzystująca swój seksapil do własnych celów. W połączeniu cechy te dają groźną mieszankę. Z kolei Deadshot w wykonaniu Willa Smitha jest typowym bohaterem granym przez tego aktora: sarkastycznym twardzielem, który w zasadzie mógłby być superbohaterem, gdyby nie wątpliwy moralnie zawód. Po części jestem zawiedziony, bo to typowy Will Smith. Jednocześnie przez to ma swój charakter i łatwo go polubić.
Z pozostałych członków oddziału najwięcej charakteru mają Rick Flag oraz El Diablo. Mimo że przez dłuższą część filmu Joel Kinnaman gra typowego wojskowego z problemem osobistym, jesteśmy w stanie się do niego przywiązać - zwłaszcza że widać w nim pewną przemianę. Z kolei Chato Santana ze swoją mocą kontroli ognia i związaną z nią traumą wywołuje pewną dozę współczucia.
Reszta jest tylko tłem. W założeniu Kapitan Bumerang i Killer Croc mieli być kolejnym humorystycznym aspektem, lecz tylko temu drugiemu udaje się wywołać uśmiech. Z Enchantress mam ten problem, że początkowo wydaje się bardzo interesującą postacią, a potem wszystko diabli biorą [5]. Katana wydaje się na siłę wciśnięta do oddziału i nie odgrywa większej roli. Z kolei Slipknot to absolutna porażka [6].
Z pozostałych postaci istotnych dla fabuły zdecydowanie wybija się Amanda Waller. Myśląc o tej kobiecie, na usta cisną mi się same niecenzuralne określenia. To, że wywołuje ona tak silne emocje, jest najlepszą rekomendacją.
Zostaje jeszcze do omówienia Joker. Największy wróg Batmana oraz jeden z najlepszych antagonistów w historii. Postać reinterpretowana w ciągu 76 lat na dziesiątki sposobów w różnych mediach. Przy tak bogatej historii oraz złożoności postaci wyjątkowo trudne jest sprostanie takiej roli. Nicholsonowi i Ledgerowi się udało. Czy Jared Leto dołącza do tego grona? Nie. Joker w jego wydaniu jest nijakim gangsterem z odchyłami, przywodzącym na myśl Tuco Salamancę z serialu Breaking Bad. Stanowi jedynie pojawiający się epizodycznie drobny dodatek uzasadniający szaleństwo Harley oraz jej główny motywator.
Pod względem technicznym kuleje jedynie montaż, ale nie jest tak źle, jak w Świcie sprawiedliwości. Efekty stoją na standardowym hollywoodzkim poziomie, zaś wspomniany wcześniej soundtrack wypada bardzo dobrze.
Liczyłem na bardzo dobry film, lecz ostatecznie Suicide Squad okazał się średniakiem. Mimo to nie żałuję seansu i jeśli ktoś mnie spyta, czy warto go obejrzeć, odpowiem bez wahania „tak, warto”. Choćby dla wymienionych wyżej plusów i przekonania się samemu, czy minusy są jedynie zwykłym marudzeniem.
SPOILERY
[1] Mówię tutaj o Inkubie, którego kreowano przed premierą na głównego antagonistę, a ostatecznie okazał się przydupasem Enchantress (która według zapewnień miała być członkinią Suicide Squad, a nie przeciwniczką). Jeśli miał to być zaskakujący twist, to moim zdaniem nie wyszedł.
[2] Choć scena, w której Flag wyjmuje listy od córki Deadshota, niebezpiecznie zbliża się do tego poziomu.
[3] Idealnym przykładem jest scena w barze.
[4] Przede wszystkim w finalnej konfrontacji z Enchantress. Zupełnie nie pasuje mi do niej domek z dziećmi i Jaredem Leto.
[5] A konkretnie chodzi o moment, w którym wiedźma przejmuje całkowitą kontrolę nad ciałem pani doktor. Właśnie ten konflikt dwóch osobowości w jednym ciele był najciekawszy!
[6] Po co wprowadzać bohatera tylko po to, by go zabić kilka minut później? Ani to niespodziewane (zwłaszcza patrząc na jego nikłą obecność w zapowiedziach), ani potrzebne. Można go było chociaż wprowadzić wcześniej i rozbudować, co by jego śmierć wywoływała jakiekolwiek emocje.

Komentarze
Prześlij komentarz