Pisząc każdą recenzję, punktem startowym są dla mnie oczekiwania względem utworu przed zapoznaniem się z nim. Zwłaszcza, gdy piszę o kontynuacji marki, którą lubię. Akurat w tym tym wypadku „lubię” to kiepskie określenie, bowiem wiele zawdzięczam Harry’emu Potterowi, o czym wielokrotnie pisałem na stronie.
Nic dziwnego zatem, że miałem pewne oczekiwania odnośnie nowego filmu w Świecie Czarodziejstwa. W prawdzie nie spodziewałem się szczególnie wybitnej fabuły (akcja opierająca się na polowaniu na magiczne stworzenia od początku nie wydała mi się porywająca), lecz bardzo liczyłem na aktorów, sferę audiowizualną oraz wyjątkowy klimat, odmienny od poprzednich filmów z ewentualnymi nawiązaniami.
Z miejsca należy powiedzieć, że temu ostatniemu aspektowi poświęcono najwięcej czasu (poważnie – większość filmu to tak naprawdę ekspozycja) i wypadł zdecydowanie najlepiej. Amerykańska społeczność czarodziejów i czarownic zdecydowanie różni się od brytyjskiej i widać to na każdym kroku – poczynając od prawa całkowicie zakazującego kontaktu z mugolami i zawierającego karę śmierci, skończywszy na wystroju wnętrz i sposobie ubierania się. Kontrast najlepiej widać na przykładzie głównego bohatera, różniącego się od Amerykanów w każdym aspekcie.
A skoro już o postaciach mowa, niestety mam dość mieszane odczucia. Zdecydowana większość posiada tylko jedną cechę charakterystyczną, wokół której jest obudowana. Aktorsko także jest średnio. W prawdzie Newt w wykonaniu Eddie’ego Redmayne’a wypada naprawdę dobrze (zwariowany miłośnik magicznych stworzeń o szlachetnym sercu, wyobcowany wśród otaczających go ludzi), zaś Erza Miller jako Credence oraz Dan Fogler jako Jacob Kowalski pozytywnie mnie zaskoczyli, tak reszta obsady na czele z Colinem Farrellem rozczarowują. A do tego jeszcze dochodzi nieszczęsny Johnny Depp jako Grindelwald, którego epizod nie nastraja pozytywnie na kolejne części serii.
Jak wspominałem na początku, nie oczekiwałem wiele od fabuły. Dzięki temu podczas seansu poczułem się nieco zaskoczony. W prawdzie główny wątek Scamandera poszukującego zaginionych zwierząt jest dokładnie taki, jak się spodziewałem (mało poważny, pełen gonitw wypełnionych humorystycznymi wstawkami), lecz wynagradza to w zupełności Credence i Drudzy Salemianie. Problemy Pottera z Dursleyami to pikuś przy tym, co musiał przechodzić chłopak w sekcie mugoli gorliwie tępiących czarodziejów.
Pozostaje jeszcze aspekt audiowizualny. Tutaj nie mam się do czego przyczepić – wszystko stoi na najwyższym poziomie. Jak można było się spodziewać, główny nacisk w efektach specjalnych położono na wykreowanie tytułowych fantastycznych zwierząt. Widać, że dopieszczone zostały w każdym calu. Ponadto zachwyca scenografia (szczególnie w siedzibie MACUSA), pełna drobnych detali. A wszystko to podkreśla świetna muzyka Jamesa Newtona Howarda, choć umówmy się – Williamsa nie przebije nikt.
Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć to dopiero początek nowej serii, z czego wynika część wad filmu. Mimo wszystko nawet jako osobną całość film ogląda się dobrze i powinien przypaść do gustu w szczególności fanom Pottera, lecz nawet osoby nieprzepadające za dotychczasowymi dziełami Rowling mogą go obejrzeć bez zgrzytania zębami dzięki zupełnie nowej atmosferze. Wchodzimy bowiem do świata znajomego, ale nie do końca.

Komentarze
Prześlij komentarz