[FELIETON] 20 lat Harry'ego Pottera


O Harrym Potterze już wielokrotnie pisałem na fanpage’u, ale nie opowiadałem, jak wielki wpływ miał na moje życie. W zasadzie tak wielki, jak „Gwiezdne wojny” i nawet większy od „Władcy pierścieni”.

A zaczęło się niewinnie. Dawno, dawno temu, gdy Kapitan Fandom był jeszcze dzieciakiem jarającym się Pokemonami, jego siostra cioteczna - towarzyszka wielu dziecięcych zabaw - poinformowała go, że już nie lubi Pokemonów. Zamiast tego zainteresowała się książkami o jakimś czarodzieju. I co zrobił? Strzelił focha.

Wszyscy jednak zaczęli gadać o tym Potterze, a niebawem do kin miał trafić film. Dlatego poprosiłem ciocię, by mnie zabrała do kina. I tak wsiąkłem. Film wydał się przegenialny, choć przy scenach z Voldemortem zamykałem oczy. Rok później przyszła druga część, zaś po niej chciałem wiedzieć, co się wydarzy w kolejnych odsłonach i zacząłem czytać. Tak po prawdzie, Kamień Filozoficzny był moją pierwszą dłuższą książką.

Potem przychodziły kolejne tomy i filmy. Jakiś czas po premierze książkowego Zakonu Feniksa (z którym wiąże mnie przykra historia: obecnie posiadam trzeci egzemplarz, który i tak jest w kawałkach. Powód? Za każdym razem ten sam: rodzeństwo...) zdobyłem dostęp do internetu. Wtedy jeszcze bez stałego łącza, zatem miałem tylko godzinę po południu (i to chyba konkretnego dnia, ale tego już nie jestem pewien) na buszowanie w sieci. Czego szukałem? Stron o Potterze, rzecz jasna. Tak trafiłem na kilka serwisów z newsami (np. http://www.harrypotter.org.pl/) i fanficami (pierwszym był Harry Potter i Kula Cienia). Nie angażowałem się za mocno w dyskusje, ale śledziłem teorie będąc w szoku, jak ludzie potrafią analizować materiał źródłowy.

"Kula Cienia" nigdy nie została ukończona. Autor aktualnie pisze jednak kolejne opowiadania, będące kontynuacją "Insygniów Śmierci" (update z 2021: już nie pisze, ponieważ próbował wydać je w odpłatnej formie książkowej, czym naraził się prawnikom Rowling).

Jak już wspominałem, Harry był wszędzie. Mnóstwo ludzi czytało w autobusach, dookoła toczyły się rozmowy. Nic dziwnego zatem, że pewnego dnia na placu zabaw usłyszałem, jak dwóch chłopaków wykrzykuje zaklęcia. Po namyśle podszedłem do nich i zacząłem rozmawiać o serii, po czym zaczęliśmy się bawić w Huncwotów. Efekt? Z obydwoma utrzymuję kontakt do dziś. Ba, jeden pozostaje moim najlepszym przyjacielem.

Moje wyjazdy kolonijne także były związane z Potterem. Pierwszym była Wakacyjna Szkoła Magii organizowana przez KOMPAS. Cztery domy, zajęcia pokroju zielarstwa, tworzenia różdżek itp. Z perspektywy czasu widzę braki w organizacji, ale wciąż wspominam je dobrze – przede wszystkim z uwagi na pierwszy związek z dziewczyną, którą tam poznałem. Swoją drogą, w trakcie tych kolonii premierę miały Insygnia Śmierci w oryginale, przez co wszyscy przerzucali się spoilerami – często nieprawdziwymi. Do tego dzień powrotny obfitował w znaczące wydarzenia – poza narodzinami mojego brata, od razu wyciągnąłem część rodziny odbierającą mnie z dworca na filmowy Zakon Feniksa.

Kolejne kolonie, znane jako Letnia Szkoła Magii, wygrywają jednak pod względem organizacyjnym i logistycznym. Odróżniały się też od typowego Pottera trzema domami (Animus, Consilium i Equitas). Każdy z dwóch pobytów na zamku w Gniewie był niesamowity i obfitował w znacznie więcej atrakcji niż WSM.

Nie, to nie moje zdjęcie. Nigdy nie trafiłem do Consilium - za pierwszym razem Equitas, za drugim Animus (i zdobyty Puchar Domów :D).

Wróćmy jednak do książek, bowiem muszę jeszcze wspomnieć o trzech nocnych premierach. W 2006 roku po raz pierwszy zamiast iść spać, o północy stałem pod Auchan i czekałem, aż rozpocznie się sprzedaż Księcia Półkrwi. Wprawdzie czytałem wcześniej nieoficjalne tłumaczenie Grupy Ślimaka (ah, te czasy Szmaragdowej Rewolucji...), ale i tak z niecierpliwością chciałem zdobyć tradycyjny egzemplarz. Przy okazji udało mi się zdobyć kilka gadżetów dla pierwszych 10 szczęśliwców, w tym szatę i różdżkę.

Dwa lata później z kolei razem z ojcem jeździliśmy od punktu do punktu, bo nie wiedzieliśmy, gdzie odbędzie się premiera Insygniów Śmierci. Ostatecznie trafiliśmy do nieistniejącego już Empiku przy placu Narutowicza w Płocku. Kolejka wychodziła poza sklep, a ja chodziłem o kulach z nogą w gipsie. Mimo to stanąłem w kolejce i wreszcie zdobyłem książkę.

Trzecia premiera była jednak najbardziej wyjątkowa. Dlaczego? Ponieważ byłem jej współorganizatorem. Tak, mowa o Przeklętym Dziecku z zeszłego roku. Początkowo, gdy przygotowywałem atrakcje, obawiałem się, że przyjdzie co najwyżej kilka osób. Ostatecznie było wręcz przeciwnie – frekwencja była tak duża, że musieliśmy z części programu zrezygnować. Mimo wszystko wypadło całkiem nieźle.

Zdjęcie z samej końcówki premiery "Przeklętego Dziecka", gdy zostali najwytrwalsi.

Powyższy przykład pokazuje wyraźnie, że fandom młodego czarodzieja wciąż żyje, ma się dobrze i wciąż się rozrasta. Bardzo mnie to cieszy, bowiem seria jest doskonałym spoiwem międzypokoleniowym. Harry’ego Pottera czytały osoby z pokolenia moich rodziców, czytało moje pokolenie i jestem przekonany, iż w przyszłości pokolenie naszych dzieci także będzie je czytać.

Komentarze