[FELIETON] Spowiedź fana „Gwiezdnych wojen”


Tekst pierwotnie opublikowany na stronie Café Raptor w 2015 r, a następnie w zaktualizowanej formie na fanpage'u Kapitan Fandom w 2017.

Cześć, jestem V i od siedemnastu lat jestem fanem Gwiezdnych Wojen. Mam całą sagę na Blu-rayu, 5 przewodników, ok. 20 komiksów, 23 gry oraz 61 powieści, zaś w moim pokoju wiszą trzy plakaty: z Zemsty Sithów, Imperium kontratakuje oraz Przebudzenia Mocy. Wiem, przy stażu i kolekcji niektórych jest to niewiele, ale te lata stanowią dokładnie ¾ mojego życia, zaś kolekcja jest największą, jaką posiadam i ciągle ją poszerzam. 

A zaczęło się niewinnie, gdy pewnego wieczoru ojciec włączył telewizję i zauważył na Canal+ Mroczne widmo. Zdecydował wtedy, żebyśmy razem obejrzeli. Wcześniej kojarzyłem co najwyżej „tego pana w czarnej masce” i miecze świetlne. W czasie seansu zaczął mi wyjaśniać, o co mniej więcej chodzi w serii. Jako dziecku wydawało mi się dziwne, że wyszły epizody IV-VI, a jeszcze nie ma drugiego i trzeciego. Dostałem też kilka soczystych spoilerów typu „Anakin zostanie Vaderem”, lecz wcale mi to nie przeszkadzało. Film mnie zachwycił. Mimo, że teraz uważam go za słabszy od pozostałych, nie gnoję go jak większość fanów. Kwestia sentymentu. 

Jakiś czas potem poszliśmy do wypożyczalni VHS i wypożyczyliśmy pakiet Starej Trylogii (swoją drogą, marzyłem, aby go sobie zatrzymać – taki fajny był…). Problem w tym, że nie spodobała mi się aż tak jak pierwsza część. Była fajna, ale Mroczne widmo wydawało mi się lepsze, przede wszystkim ze względu na jakość obrazu i efekty. Z czasem dostrzegłem, iż starsze filmy jednak mają znaczącą przewagę pod względem postaci i klimatu przygody. 

Ataku klonów nie obejrzałem niestety w kinie, a na DVD (co i tak było niezłym przeżyciem – płyty dopiero się przyjmowały w Polsce). O dziwo, mimo bycia dzieciakiem, od samego początku coś mi nie pasowało w tej części. Nie wiem, czy już wtedy zauważyłem drewnianego Christensena, słaby wątek miłosny czy sztuczne dialogi. Fakt pozostaje faktem: od samego początku uważałem drugi epizod za najgorszy. 

Nie zagłębiłem się szczególnie w Wojny klonów, choć dzisiaj żałuję. Na premierę serialu w Cartoon Network czekałem z wytęsknieniem, jednak po pierwszym odcinku byłem tak rozczarowany, że darowałem sobie kolejne. Dodatkowo gdzieś w tych okolicach zagrałem w moją pierwszą grę starwarsową – Jedi Knight II: Jedi Outcast (w piracką wersję ze Stadionu Dziesięciolecia, ale ciii...). Tyle, że jej nie przeszedłem. Więcej – zaciąłem się na pierwszym etapie. Dopiero po latach udało mi się ukończyć grę. 

W 2004 roku nastąpił mały przełom, który także zawdzięczam ojcu. Pewnego dnia wybraliśmy się do pobliskiego antykwariatu, szukając jakichś ciekawych książek. Wówczas na półce zauważyłem niebieski grzbiet, a na nim złotymi literami napisane Gwiezdne wojny. Od razu zawołałem „Tato, patrz!” Zdjął książkę z półki i mi podał. Był to Dziedzic Imperium. Dopiero wtedy postanowiłem, że chcę poznać jak najwięcej historii gwiezdnowojennych. Od tamtej pory regularnie chodziliśmy do tego antykwariatu, za każdym razem zdobywając nowe powieści z serii. Do dziś jednak uważam Dziedzica… za najlepszą. 

A potem nastąpił wielki rok 2005, w którym doszło do dwóch ważnych dla mnie wydarzeń. Pierwszym było zamontowanie stałego łącza internetowego, dzięki któremu nareszcie mogłem poszerzać swoją wiedzę. Wstyd się przyznać, ale wcześniej nie wiedziałem, że Palpatine to Darth Sidious/Imperator. Drugie wydarzenie z kolei nastąpiło 21 maja, gdy poszedłem wraz z ojcem do kina na Zemstę Sithów. Co ważne, po raz pierwszy oglądałem wtedy film z napisami, ale nie przeszkadzało mi to. Po wyjściu z sali byłem w szoku, jak można stworzyć tak wspaniały film. Chociaż dzisiaj dostrzegam jego wady, tak wtedy uwielbiałem go bezgranicznie. 

Przez kolejne lata zgłębiałem uniwersum, przede wszystkim w postaci książkowej i komputerowej, częściowo też w komiksowej. Próbowałem także podejść do nowych Wojen klonów, jednak odrzuciły mnie przesadną naiwnością i głupimi historyjkami (podobnie jak później Rebelianci). Wiedziałem, że Lucas nie chce kręcić kolejnych epizodów, zatem tylko to mi zostało. I tak było do 30 października 2012 roku, gdy ogłoszono przejęcie Lucasfilm przez Disneya oraz nową trylogię. Początkowo przerażony („O kurwa, Star Wars i Myszka Miki, co to ma być?!”), dosyć szybko zmieniłem nastawienie, przypominając sobie o tym, że Marvel mimo zwierzchnictwa Disneya kręci filmy samodzielnie. Pozostał tylko niepokój związany z dotychczasowym kanonem. 

Dlatego decyzja o skasowaniu Expanded Universe tak mnie zabolała. Dzieła takie jak Knights of The Old Republic czy Trylogia Thrawna, przestały mieć jakąkolwiek wartość poza sentymentalną. Chociaż zdarzały się historie fatalne, te dobre przeważały. Teraz jednak mogę częściowo odetchnąć z ulgą. Wprawdzie w Nowym Kanonie są elementy, które nie do końca mi odpowiadają, to jednak duża część książek stoi na przyzwoitym poziomie, a dodatkowo stopniowo wracają co ciekawsze kąski z Legend (THRAWN). Co więcej, wydarzenia rozgrywające się po Powrocie Jedi mają znacznie więcej sensu. W końcu ktoś taki jak Imperator z pewnością miałby plan na wypadek przegranej. 

Przed seansem Przebudzenia Mocy byłem całkowicie przekonany, że J.J. Abrams stworzy obraz na poziomie Klasycznej Trylogii – ni mniej, ni więcej. Nie spodziewałem się wiele po nowych bohaterach ze względu na obecność starej gwardii, która mogłaby ukraść show. Liczyłem na film ze względnie solidną fabułą (choć ta nie jest szczególnie porywająca w żadnej części sagi), ciekawym czarnym charakterem oraz przede wszystkim z klimatem kina nowej przygody i nawiązaniami do poprzednich epizodów. Być może dzięki temu stonowanemu nastawieniu siódma część sagi przypadła mi do gustu. Pewnie, można narzekać, iż to „Nowa nadzieja 2.0”. Można nie lubić Kylo Rena. Dla mnie jednak film idealnie oddaje esencję Gwiezdnych wojen

Znacznie większym zaskoczeniem był Łotr 1, ale o tym pisałem już w recenzji. Powtórzę tylko jedną kwestię: dzięki tym dwóm filmom wierzę, że Disney wie co robi i daję mu kredyt zaufania. Chociaż teaser Ostatniego/Ostatnich Jedi (znaczenie tytułu wciąż nie jest jasne – niby w niektórych językach jest wskazywana liczba mnoga, lecz reżyser twierdzi, że pojedyncza) mnie nie porwał, nie zamierzam filmu od razu skreślać. 

Nie wszystko w SW mi się podoba. Niektóre produkty tej marki otwarcie krytykuję. Mimo to kocham Gwiezdne wojny i nigdy nie przestanę. Za każdym razem, gdy słyszę orkiestrę grającą główny motyw lub Marsz Imperialny, łezka mi się w oku kręci. I wiem, że nie jestem w tym osamotniony.

Komentarze