[RECENZJA] "Death Note" od Netflixa


Marka Death Note doczekała się wielu adaptacji. Zaczęło się od mangi, potem powstało anime, a następnie poszło z górki – kilka filmów, serial, gry, a nawet musical. Nic dziwnego zatem, że w 2007 roku Amerykanie postanowili stworzyć własną wersję. Projekt przez lata przechodził z rąk do rąk, aż wreszcie trafił do Netflixa, który doprowadził go do końca. I jak wyszło? 

Nie wierzę, że to piszę, ale wypada lepiej, niż to wcześniej wieszczyłem. Pewnie, bohaterowie i fabuła mają bardzo mało wspólnego z oryginałem. Bardziej to wygląda na polemikę z mangą/anime, szczególnie gdy pojawiają się bezpośrednie nawiązania. Przedstawiona historia wciąga i chociaż zwrotów akcji można spokojnie się domyślić, to angażuje widza. Bardzo podoba mi się też położenie większego nacisku na wpływ Kiry na społeczeństwo. Faktycznie widać, że dla tysięcy (milionów?) ludzi na całym świecie stał się bogiem. Niektórzy zapewne uznają za wadę wprowadzenie wątku miłosnego, lecz akurat w tym wypadku został on poprowadzony nienajgorzej. Bardziej denerwuje końcowy cliffhanger. 

Powyższe słowa nie oznaczają jednak, iż mamy do czynienia z rewelacyjnym filmem. Light i L mają swoje momenty, ale w porównaniu z pierwowzorami wypadają blado. Szczególnie ten drugi odbiega od obrazu, do którego przyzwyczaili się fani. I nie mowa tutaj o kolorze skóry, który w zasadzie nie ma żadnego znaczenia, tylko o charakterze. Rozumiem zabieg, który w założeniu miał go uczłowieczyć, lecz wyszło to groteskowo. Kira zaś nie jest tak płytki jak jego mangowy odpowiednik i miewa przebłyski geniuszu, ale często popełnia głupie błędy (chociaż nie jest tak irytującym idiotą jak ten w dramie z 2015 roku). Pojedynek samozwańczego boga i najlepszego na świecie detektywa? Gdzie tam. Żaden nie jest tak genialny jak powinien, a dodatkowo bardzo brakuje relacji między nimi. 

Ciekawą postacią mogła być Mia, która nie ma nic wspólnego z Misą – jest całkiem inteligentna i bardziej bezwzględna niż Turner. Niestety, także i jej potencjał został zmarnowany. Ze wszystkich postaci najlepszą stał się Ryuk. Przede wszystkim nie jest tak potulny, jak ten oryginalny. Od początku jawi się on jako diabeł po cichu kierujący poczynaniami innych, świetnie się przy tym bawiąc. Nie rozumiem jedynie, dlaczego jego początkowym występom muszą towarzyszyć problemy z elektrycznością oraz zawierucha. Przez to jego pierwsze spotkanie z protagonistą zamiast przerażać - śmieszy. Warto także pochwalić Shea Whighama wcielającego się w Jamesa Turnera, bowiem w niektórych scenach wypada ciekawiej niż Soichiro Yagami. 

Pewnym problemem okazuje się także dostosowanie filmu do amerykańskiej publiczności, objawiające się zwiększoną dawką akcji oraz brutalnością. Zapomnieć można o chłodnych kalkulacjach i zawałach jako głównym sposobie uśmiercania bohaterów. Zamiast tego dostajemy pościgi, dekapitacje, krwawe łaźnie oraz walący się diabelski młyn (to nie spoiler – było na trailerach). Może znajdą się osoby poczytujące to jako zaletę, ale nie ja. 

Jest jednak jeszcze jeden aspekt, który mogę pochwalić, a mianowicie audiowizualny. Nie uświadczymy tutaj wprawdzie wielu efektów specjalnych, lecz te występujące (jak Ryuk) stanowią solidną, rzemieślniczą robotę. Ścieżka dźwiękowa zaś pasuje do całości, budując odpowiedni klimat. Trzeba tylko zaakceptować fakt, iż jest on inny od anime – nie uświadczymy zatem orkiestry i chóru, ale rocka oraz muzykę elektroniczną. 

Death Note od Netflixa nie jest filmem dobrym, ale też nie nazwałbym go tragicznym. Wylewanie na niego wiader pomyj to gruba przesada, podobnie jak porównywanie do Dragonballa: Ewolucji. W żadnym wypadku nie dorównuje materiałowi źródłowemu, ale nawet nie próbuje, tylko tworzy coś nowego. Szkoda, że na wielu płaszczyznach pod tym względem zawodzi. 

Komentarze