Przypomnienie tego jest konieczne, bowiem Blade Runner 2049 to kontynuacja losów głównych bohaterów oryginału, chociaż wydarzenia z obu filmów dzieli 30 lat. W międzyczasie wiele się zmieniło w świecie przedstawionym: doszło m.in. do kataklizmu, który wyczyścił dane z dziesiątek lat, zaś Korporacja Tyrell zbankrutowała i została przejęta przez firmę Niandera Wallace’a, który stworzył nową generację replikantów, różniących się od poprzedników nieograniczonym czasem życia oraz bezwzględnym posłuszeństwem wobec rasy ludzkiej.
Wielu fanów pierwszej części zapewne się ze mną nie zgodzi, ale według mnie fabuła sama w sobie, po odarciu z dialogów należy do słabszych aspektów całości. To jedynie prosta historia policjanta polującego na zbiegów ze średnio napisanym wątkiem romantycznym oraz interesującym zakończeniem (dodanym dopiero w wersji reżyserskiej). Podobne odczucia towarzyszą mi, myśląc o historii przedstawionej w nowym filmie. Szczególnie boli pewien sztampowy wątek, wprowadzony na początek trzeciego aktu historii. Trzeba jednak pamiętać, że równie ważna jak treść pozostaje forma jej przekazu. Tutaj zaś wypada ona znakomicie.
Tym, co wywołuje u mnie najbardziej pozytywne wrażenie, jest atmosfera. To wciąż doskonale znane z jedynki połączenie cyberpunku i noir, przy czym dodano także nutę postapokalipsy. W dużej mierze to zasługa strony audiowizualnej. Zdjęcia są po prostu przepiękne, a muzyka (choć nie dorównuje dziełom Vangelisa) doskonale z nimi współgra. Zarówno przeludniony Nowy Jork wypełniony neonami, jak i opuszczone, spowite pomarańczową poświatą oraz piaskiem Las Vegas wyglądają niesamowicie. Szczególnie w wypadku tego pierwszego miasta rzuca się w oczy wiele drobnych detali budujących klimat.
Mam mieszane odczucia względem bohaterów widowiska, bowiem o ile aktorsko nie mogę nikomu nic zarzucić, tak ich kreacja w scenariuszu w kilku przypadkach nie jest zbyt dobra. Najlepiej wypada nasz protagonista. Grany przez Ryana Goslinga K to postać, z którą szybko można się zżyć. Zaraz potem mamy jego zwierzchniczkę, porucznik Joshi (w tej roli jak zwykle cudowna Robin Wright) oraz ukochaną Joi, która jednak jest budowana przede wszystkim przez relację z głównym bohaterem. Największy problem stanowią antagoniści. Choć Jared Leto jako Niander Wallace stara się jak może, to pozostaje natchnionym świrem owładniętym kompleksem boga, cytującym Biblię w każdej z nielicznych scen, w których występuje. Ani on, ani jego przyboczna Luv nie dorównują Royowi. A skoro już mowa o Battym, muszę zauważyć, że dialogi w dużej mierze zostały odarte z filozoficzności. Wspomniane cytaty z Biblii w porównaniu z wypowiedziami replikantów z oryginału są dość płytkie.
Trzeba także wspomnieć o powracającej gwieździe, czyli Harrisonie Fordzie ponownie wcielającym się w Ricka Deckarda. Niemal każda scena, w której występuje, jest rewelacyjna. Tyle tylko, że nie ma ich wiele, bowiem bohater pojawia się baaaardzo późno. Może to i dobrze. Chociaż odgrywa on ważną rolę w opowieści, to wciąż film stanowi historię K.
Mimo iż Blade Runner 2049 trwa niemal 3 godziny, nie było momentu, w którym bym się nudził. Denis Villeneuve potrafi snuć historię w taki sposób, że cały czas śledzi się ją z zapartym tchem, nawet jeśli sama w sobie nie jest porywające. Stworzył tym samym dzieło niekoniecznie przewyższające pierwszą część, lecz jednocześnie nie żerujące na niej i stanowiące godnego następcę.

Komentarze
Prześlij komentarz