Gdy Lucasfilm do spółki z Disneyem stworzyli Przebudzenie Mocy, wiele osób zarzucało filmowi wtórność względem Nowej nadziei. Mimo eksperymentów z formą pod postacią Łotra 1 obawiano się, że kolejna część głównej sagi okaże się powtórką z Imperium kontratakuje – m.in. za sprawą trailerów prezentujących nową wersję AT-AT oraz białą planetę, a także motywu młodej osóbki przybywającej do starego mistrza celem odbycia treningu. Co z tego, że Crait jest pokryta solą, a nie śniegiem? Co z tego, że nie wiadomo było, czy w ogóle dojdzie do szkolenia? Niektórzy ułożyli sobie całą fabułę przed premierą.
Bardzo się cieszę, że te osoby mogą teraz wyrzucić swój scenariusz do kosza. Mimo powielania pojedynczych tropów, Ostatni Jedi stanowi bowiem pod wieloma względami powiew świeżości w sadze oraz grę z przyzwyczajeniami widzów – i to zarówno w aspektach fabularnych, jak i technicznych.
Historia rozpoczyna się zaraz po Epizodzie VII, gdy Rey odnajduje Luke’a, Finn leży w śpiączce, a Poe wraz z resztą Ruchu Oporu musi opuścić bazę na D’Qar. W związku z tym dostajemy trzy różne wątki, które zazębiają się pod koniec filmu. Jak się można domyślać, nie wszystkie trzymają równy poziom, choć w każdym wypadku znajdą się plusy i minusy.
Zacznijmy od tego najsłabszego (ale niekoniecznie tragicznego), czyli Ruchu Oporu wraz z Poe Dameronem, Leią i prawdziwym festiwalem głupot fabularnych. O ile zazwyczaj jestem w stanie przymknąć oko na takowe, tak teraz straszliwie raziły w oczy. Tutaj odnoszę się przede wszystkim do pierwszych minut, w których widzimy bitwę z Najwyższym Porządkiem, a także pewnej sceny, przy której wielu widzów łapie się za głowę. To są tylko przykłady, albowiem bezsensownych i nielogicznych motywów pojawia się więcej. Jednak mimo tych znaczących wad, wątek posiada parę plusów, takich jak część bohaterów (w przeciwieństwie do wielu osób bardzo cenię wiceadmirał Holdo) oraz kilka świetnych scen (w tym jedną z najlepiej wykonanych w całej historii Gwiezdnych wojen, przy której całe sale kinowe milczą).
Idąc dalej, dostajemy przygody Finna i Rose – nowej bohaterki z rebelii, która jest do bólu typową idealistką, ale ostatecznie da się ją polubić. Wątek ten ewidentnie adresowany jest do młodszych odbiorców, m.in. za sprawą postaci (mowa głównie o eks-szturmowcu oraz maskotce trylogii zwanej BB-8) i przebiegu misji w kasynie Canto Bight. Ot, nieskomplikowana historia z dużą ilością humoru (którego ogólnie w całym filmie jest zaskakująco wiele – momentami aż za wiele) z odrobiną patosu i moralizowania (de facto, esencja Gwiezdnych wojen w nieco bardziej przejaskrawionej formie). Tyle tylko, że w ostatecznym rozrachunku wydaje się ona wciśnięta na siłę. Docenić jednak należy wprowadzenie nowych elementów do świata, takich jak wspomniane kasyno wypełnione różnymi personami do potencjalnego rozwinięcia (co już następuje w niewydanym w Polsce zbiorze nowelek). Idealnym przykładem jest DJ, grany przez (jak zwykle) genialnego Benicio Del Toro.
O ile dwa omówione powyżej wątki stanowią pewne rozczarowanie, to całość nadrabia trio Rey - Kylo Ren - Luke Skywalker. Szczególnie cieszy tutaj relacja zbudowana między pierwszą dwójką wymienionych. Każda ich wspólna scena cieszy oczy, a między aktorami wyraźnie czuć chemię.
Prym wiedzie jednak mistrz Jedi, którego obraz znacznie odbiega od młodego chłopaka ze Starej Trylogii czy wyobrażenia znanego z Legend. To nie jest heros wymachujący świetlną szabelką, wybijający całe armie. To cyniczny starzec, który mimo swojej potęgi nie chce angażować się w sprawy galaktyki. Oczywiście w toku fabuły jesteśmy w stanie zrozumieć, dlaczego taki się stał i ma to sens.
W wypadku każdego wątku widoczny jest znaczący rozwój głównych bohaterów, spowodowany kolejnymi wydarzeniami: Rey godzi się z prawdą o sobie, Kylo staje się złoczyńcą z prawdziwego zdarzenia, Finn zyskuje na odwadze, zaś Poe zaczyna rozumieć swoje błędy. Przy tym wyraźnie widać też, że nie są oni perfekcyjnymi herosami, którym wszystko się udaje. Wielokrotnie podejmują błędne decyzje, zaś ich konsekwencje bywają tragiczne dla wszystkich wokół.
Jednak przy tym aspekcie należy wspomnieć o motywie przewodnim filmu: przemianie starego w nowe. Gdy Kylo Ren mówi o zabijaniu przeszłości, zwraca się też do widzów. Za jego pośrednictwem twórcy wyrażają przekonanie związane z odejściem od rozwiązań doskonale znanych z reszty sagi i stosowanie nowych. Sugeruje, że powinniśmy oceniać kolejne epizody w odcięciu od dokonań poprzednich części. Myśl tę podsycają słowa Luke’a o idealizowaniu Zakonu Jedi i zapominaniu o jego problemach. Nostalgia kierująca wieloma fanami zaburza bowiem uczciwy osąd. Powszechnie uwielbiana Oryginalna Trylogia miała wady. Prequele zaś, mimo wielu bolączek, znienawidzone zostały po części dlatego, iż diametralnie się od niej różniły.
Między innymi dlatego kolejne zwroty akcji są takie zaskakujące. Wiele osób czekających na Ostatniego Jedi spodziewało się zupełnie czegoś innego – mowa tutaj zarówno o wspomnianych na wstępie „jasnowidzach”, jak i tych, którzy liczyli na rozjaśnienie pewnych kwestii pojawiających się po Przebudzeniu Mocy (np. tożsamości Snoke’a oraz rodziców Rey). Ostatecznie na mnóstwo pytań nie otrzymujemy odpowiedzi, zaś na kilka wprawdzie dostajemy, ale niekoniecznie takie, jakie byśmy chcieli. I nie dziwię się, że z tego powodu niektórym się film nie podobał. Sam miałem mieszane odczucia po pierwszym seansie, lecz po ochłonięciu (i drugim seansie) uznałem, że nie mogę winić reżysera za pójście w inną stronę.
Jednak zmiany widać nie tylko w sferze fabularnej, ale też wizualnej. Rian Johnson stosuje bowiem zabiegi niespotykane do tej pory w gwiezdnej sadze, takie jak retrospekcje, slow-motion czy całkowite zatrzymanie akcji. Już spotkałem się z zarzutami, iż to kolejny element rujnujący film jako kontynuację serii, ale mnie aż tak nie raził. Wszystko dalej wygląda przepięknie, widać przywiązanie do detali, zaś nowe triki zwiększają możliwości twórców.
Niestety, tym razem nie będę nawet próbował bronić ścieżki dźwiękowej. Powiedzmy to sobie wprost – jest całkowicie nijaka. Nieźle komponuje się z obrazem, ale to recykling starych dobrych motywów bez żadnej nowości zapadającej w pamięć. W Przebudzeniu Mocy John Williams dał nam chociaż March of the Resistance i motyw z Ahch-To, ale tutaj – nic. Po tym kompozytorze można było się spodziewać więcej.
Ostatni Jedi w żadnym razie nie jest najlepszą częścią Gwiezdnych wojen. Posiada zarówno ogromne zalety, jak i ogromne wady. Część pomysłów Johnsona wypada znakomicie, zaś niektóre upadły przez nienajlepsze wykonanie. Całość dostarczyła mi jednak całą plejadę emocji i choćby za to oceniam ją ostatecznie na plus. Mam tylko nadzieję, że w swojej własnej trylogii Rian poprawi warsztat twórczy.

Komentarze
Prześlij komentarz