UWAGA! Recenzja nie zawiera spoilerów, ale napisana została przez fana książki ze wszelkimi tego konsekwencjami.
Nim przejdę do samego filmu, opowiem Wam krótką, smutną historię (ale z happy endem). Piątek, seans o 19:10. Siedzę sobie wygodnie na sali kinowej, a od początku najbardziej przeze mnie oczekiwanego filmu 2018 roku dzieli mnie tylko 20-30 minut reklam. W końcu ukazuje mi się doskonale znane logo Warner Bros. Ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu napis „Columbus, Ohio. 2045. Stosy” pojawia się po polsku, bez żadnych dopisków. Wtedy jeszcze nie rozumiałem, co się dzieje. Dopiero po chwili usłyszałem głosy postaci. Polskie.
Tak, puszczono nam wersję z dubbingiem. Już wstawałem z fotela, by wyjść, gdy ekran zatrzymał się dokładnie w momencie, gdy Wade miał wejść po raz pierwszy do OASIS. Następnie zgasł, po czym puszczono wersję właściwą. Koniec historii, jest szczęśliwe zakończenie, ale niesmak i poczucie grozy pozostaje. Tym bardziej, że Watts po naszemu nie brzmi najlepiej.
A teraz przejdźmy do samego dzieła, o którym wspominałem już kilka razy na fanpage’u i na które wyczekiwałem z niecierpliwością. Książka bowiem mnie zachwyciła od pierwszych stron. Zdaję sobie sprawę z tego, że przedstawiona w niej historia jest prosta jak konstrukcja cepa, zaś bohaterom brakuje głębi. Jest to jednak powieść napisana od geeka dla geeków. Tych geeków, którzy jarają się każdym drobnym nawiązaniem do innego dzieła popkultury. To hołd dla tych prostych, ukochanych przez nas opowieści, takich jak Gwiezdne wojny, Pogromcy duchów czy Powrót do przyszłości.
I pod tym względem film Spielberga także wypada niesamowicie. Najprawdopodobniej nie udało mi się wypatrzyć wszystkich odniesień (szczególnie, że bardzo często przeskakują z prędkością światła), a i tak wyliczanie zauważonych zajęłoby dłuższy akapit. Powiem tyle: obawiałem się, że nie zostanie nic z nawiązań do lat 80-tych, ale i tych jest wiele. Ba, na nich głównie opiera się część fabuły.
Ta z kolei uległa sporym zmianom. Główny sens pozostał ten sam: wszyscy szukają trzech kluczy, by odnaleźć easter egga ukrytego w OASIS przez twórcę gry. I w zasadzie tyle się zgadza. Może jeszcze ze dwie-trzy sceny mogą kojarzyć czytelnicy. Przede wszystkim jednak podkręcono dynamikę akcji poprzez bardziej wymagające wyzwania oraz dodanie kilku wątków, co niektórym może nie przypaść do gustu, lecz mi akurat odpowiada. Nie mogłem narzekać na nudę, a w paru momentach byłem zaskoczony przebiegiem zdarzeń. Poza tym, na zmianach bardzo zyskuje więź między Parzivalem a Art3mis.
Skoro już o bohaterach mowa - odnoszę wrażenie, że każdy trochę stracił na bystrości i wiedzy względem książkowych odpowiedników. Najlepiej wypada, rzecz jasna, protagonista. To on musi bowiem wpadać na rozwiązanie każdej zagadki. Pozostaje przy tym nieśmiałym geekiem, który nie potrafi rozmawiać z ludźmi poza symulacją, ale zapytany o jakiś cytat, poda od razu tytuł filmu, bohatera, reżysera, rok produkcji i minutę, w której pojawia się dana kwestia. Art3mis na tym polu niewiele mu ustępuje, ale jednak. Na szczęście nie pozostaje wyłącznie obiektem westchnień protagonisty, lecz ma aktywną rolę w opowieści, i to nawet ciekawszą niż wcześniej. Najmniej zyskali Aech, Daito i Shou. Dwaj ostatni nawet sporo stracili, równie dobrze mogłoby ich nie być. Tyle dobrego, że wszyscy grają całkiem dobrze. Prym wiedzie, rzecz jasna, Ben Mendelsohn jako Nolan Sorrento, choć postać ta pozostaje antagonistą typowym do bólu.
Strona audiowizualna to prawdziwy majstersztyk. Wprawdzie efekty momentami wyglądają nazbyt komputerowo, ale czy można się tego czepiać w dziele opowiadającym o grze wideo? Z kolei ścieżka dźwiękowa Alana Silvestriego idealnie wpasowuje się w klimat, nawiązując przy tym do poprzednich dzieł kompozytora (przypominam, że ten pan stworzył m.in. soundtracki do wszystkich części Powrotu do przyszłości), a także Johna Williamsa i Danny’ego Elfmana. Liczę na nominację do Oscara za ten aspekt.
Na szczęście mimo modyfikacji duch oryginału został zachowany, podobnie jak jego przesłanie: życie wirtualne nie zastąpi realnego. Niby oczywiste, ale wciąż istotne w dobie rozwoju technologii (w tym także VR). Muszę jednak przy tym zauważyć, iż wymowa tego morału jest nieco inna niż w książce, gdzie mocno zaakcentowano beznadzieję życia w Stosach (czyt. przyczepach ułożonych jedna na drugą) oraz wyniszczenie świata będące skutkiem nadmiernej eksploatacji surowców w połączeniu z wojnami. W filmie aspekt ten został bardzo zmarginalizowany, przez co OASIS sprawia wrażenie jedynie wielkiej gry, w którą grają miliardy osób na całym świecie, podczas gdy w książce ta gra stała się centrum życia ze szkołami, bankami, sklepami itd.
Ale nie oszukujmy się, aspekt moralizatorski miał pełnić w filmie rolę trzeciorzędną. Przede wszystkim chodzi o zapewnienie rozrywki, a to robi znakomicie. Jeżeli ktoś oczekuje czegoś więcej niż hollywoodzkiego blockbustera z milionem odniesień do kultury masowej, to lepiej niech odpuści. Ja osobiście jestem bardzo zadowolony i chętnie obejrzałbym Player One jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze raz!

Komentarze
Prześlij komentarz