[FELIETON] O obsadzie "The Batman"


Muszę się Wam do czegoś przyznać. Ja tak naprawdę nie jestem tolerancyjny. Przede wszystkim nie toleruję głupoty oraz ignorancji. Dlatego właśnie niezmiennie rozsierdzają mnie komentarze bandy idiotów odnośnie obsady The Batman. Za każdym razem, kiedy czytam wspaniały argument "a w oryginale był biały", genialną propozycję "to zróbmy białego Martina Luthera Kinga" lub pięknego chochoła "zaraz zrobią z postaci rudego czarnego transseksualnego muzułmanina", nie potrafię się powstrzymać i odpisuję. Przestaję już liczyć na to, że moje argumenty dadzą komuś do myślenia, ale czuję potrzebę walki z takim kretynizmem. 

Żeby była jasność: DLA MNIE nie zawsze zmiana elementów charakterystycznych dla danej postaci jest w porządku. Gdyby ktoś przefarbował włosy Geraltowi i uczynił z niego wesołego herosa rodem z Dungeons and Dragons, byłbym zirytowany (choć nie odmawiam nikomu prawa do tworzenia takiej adaptacji Wiedźmina - po prostu bym ją zignorował). W kontekście komiksów superbohaterskich mówimy jednak o gigantycznym multiwersum, gdzie każda postać jest przedstawiana na dziesiątki różnych sposobów. Co z tego, że Jim Gordon zostanie zagrany przez czarnoskórego aktora? Na ekranie widzieliśmy już grubego biurokratę tylko dzwoniącego do Batmana, szarego gościa idącego na pewne ustępstwa ze skorumpowanymi kolegami oraz młodego idealistę, który walczył z zamaskowanymi przestępcami, zanim Bruce w ogóle pomyślał o założeniu peleryny. Ba, trafiła się nawet wersja z Gordonem jako seryjnym mordercą. I czy naprawdę w tym kontekście inny kolor skóry jest znaczącą zmianą? Szczególnie, że nie ma ŻADNEGO wpływu na postać, w przeciwieństwie do np. Czarnej Pantery (króla afrykańskiego państwa) czy Luke'a Cage'a (związanego z Harlemem, czyli dzielnicą Nowego Jorku zamieszkaną w większości przez czarnoskórych). 

Innym problemem jest szufladkowanie aktorów. Przyznaję, że Pattinson nie byłby moim pierwszym wyborem do roli Batmana. Mam jednak świadomość, że to utalentowany aktor, który zagrał nie tylko w Czarze Ognia i Zmierzchu. W ostatnią sobotę obejrzałem na Netflixie Króla, w którym Robert wcielił się w delfina (tj. następcę francuskiego tronu). I wypadł w tej roli wspaniale. 

Warto tutaj także przytoczyć inne sytuacje związane z rolami w filmach o Mrocznym Rycerzu. Po ogłoszeniu Michaela Keatona (wówczas kojarzonego z ról komediowych) jako Bruce'a, do Warnera trafiły tysiące LISTÓW (których wysłanie, siłą rzeczy, wymagało więcej wysiłku niż wysłanie maila czy napisanie komentarza na Facebooku/Twitterze/Instagramie) z żądaniem zmiany aktora. Z kolei gdy zapowiedziano, że Jokera zagra wymuskany chłopczyk z Tajemnicy Brokeback Mountain, wrzawa w internecie trwała w najlepsze aż do publikacji pierwszego zdjęcia w charakteryzacji. Można także wspomnieć o Afflecku, którego kreacja Daredevila przysporzyła mu sporo hejtu po przyjęciu roli Batmana. I chociaż Świt sprawiedliwości jest dziełem w najlepszym razie przeciętnym, to według mnie Ben w tej roli stanowi największy plus całości. 

Mamy zatem Pattinsona, świetnego Wrighta (popis dał choćby w Westworld), charyzmatyczną Zoë Kravitz, doskonale pasującego Paula Dano jako Riddlera oraz fenomenalnego Andy’ego Serkisa jako Alfreda. W takim razie zacznijmy może cieszyć się z tego, że dostaniemy znakomitą, niedrewnianą (to a propos Bale'a i jego charczenia) obsadę, a przestańmy czepiać się pierdół? Wyciągnijmy z tego jakąś lekcję do stosowania w przypadkach innych castingów? Ech, kogo ja właściwie oszukuję? Jedni zaraz stwierdzą „hehe, lewak” i zignorują główne przesłanie tekstu, a drudzy przyczepią się do fragmentu dotyczącego Geralta. Jednakże tli się we mnie iskiereczka nadziei, że znajdzie się trzecia grupa, do której faktycznie moje słowa jakoś przemówią.

Komentarze