Tekst pierwotnie opublikowany na stronie Fandragora w 2019 r.
Wpływ Kinowego Uniwersum Marvela na współczesne kino jest niekwestionowalny. Co roku pojawiają się 2-3 produkcje związane z tą marką, po czym od razu stają się kasowymi hitami. To dzięki nim (oraz Trylogii Mrocznego Rycerza Christophera Nolana) nastąpił renesans kina superbohaterskiego, które pod koniec XX oraz na początku XXI wieku przesycone było tanimi, kiepskiej jakości produkcjami jak Batman i Robin, Daredevil, Catwoman czy Fantastyczna Czwórka. Perełki pokroju Spider-Mana Raimiego (i to raczej części drugiej niż pozostałych) lub X-Menów (też wybiórczo, do dwójki) stanowiły wyjątek od reguły.
O ile nie ma wątpliwości, że pod wieloma względami współczesne filmy o herosach w trykotach są (w większości) lepsze, można polemizować, czy faktycznie pozostają dobrymi tworami kultury. Dla niektórych bowiem wyrażenie „kino” nie powinno być wobec nich stosowane. Pogląd ten na początku października wyraził Martin Scorsese (reżyser takich dzieł jak Taksówkarz, Chłopcy z ferajny, Wilk z Wall Street czy nadchodzący [w chwili publikacji artykułu – niedawno wypuszczony] Irlandczyk) w wywiadzie dla magazynu Empire, porównując twórczość Marvel Studios do parków rozrywki i twierdząc, iż „to nie jest kino ludzi, którzy próbują przekazać emocjonalne, psychologiczne doświadczenia innemu człowiekowi”. Później, podczas konferencji prasowej w Londynie, dodatkowo nawoływał właścicieli kin do „walki” z tego typu filmami poprzez ograniczenie liczby seansów blockbusterów na rzecz „prawdziwych” filmów fabularnych.
Niestety, owego szacunku zabrakło w wypowiedziach Francisa Forda Coppoli oraz Kena Loacha. Reżyser trylogii Ojciec chrzestny określił filmy należące do MCU jako „coś podłego”, zaś twórca Wiatru buszującego w jęczmieniu zrównał je z hamburgerami stanowiącymi towar przynoszący zyski wielkim korporacjom. Obaj artyści nie widzą w nich żadnej wartości. Oczywiście ciężko jest kłócić się z argumentem dotyczącym kwestii zarobkowych, ale równie dobrze można powiedzieć to samo o dowolnym gatunku – komediach, filmach gangsterskich czy horrorach. Zadaniem zdecydowanej większości tworów przeznaczonych na srebrny ekran jest przyniesienie zysków, m.in. po to, by dalej można było je tworzyć.
Dla mnie osobiście podłe jest wypowiadanie się z taką pogardą i brakiem jakiejkolwiek próby zgłębienia tematu. A wystarczyłoby zrozumieć, iż nie każde dzieło ekranowe musi traktować wyłącznie o tematach poważnych. Niektórzy widzowie oglądają filmy wyłącznie dla rozrywki, a potępianie kogokolwiek za takie podejście nie czyni potępiającego lepszym. Wystarczyłoby obejrzeć choćby Kapitan Marvel lub Czarną Panterę (wspomnianą w dyskusji przez Damona Lindelofa jako bliską definicji kina stosowanego), aby dostrzec możliwość podejmowania istotnych kwestii społecznych w formie luźniejszej i przystępniejszej dla mas. Wystarczyłoby iść na jakąkolwiek premierę (lub, w dobie współczesnej technologii, obejrzeć nagranie bądź live’a), by zauważyć, jak wspaniale kino potrafi jednoczyć ludzi we wspólnej pasji.
W nieco lepszym tonie wypowiadają się polscy reżyserzy: Paweł Pawlikowski oraz Krzysztof Zanussi. „Nieco”, ponieważ sami nie są fanami filmów Marvela, podczas oglądania których zasypiają w samolocie (co zabawne, obaj posłużyli się tym samym argumentem). Twórca Roku spokojnego słońca otwarcie przyznaje, że jego interesuje tylko tzw. kultura wysoka, ale nie odbiera racji bytu żadnemu dziełu nastawionemu na masowego odbiorcę. Takie podejście, szanujące gusta odmiennej publiczności, jest w porządku. Nie każdy musi być fanem superbohaterów, tak samo jak nie każdemu podoba się gloryfikacja gangsterów, konkretny sposób ukazywania Amerykanów włoskiego pochodzenia (o czym przypomina Samuel L. Jackson) lub eksponowanie seksualności (na której brak w MCU narzeka Pedro Almodovar). Każdy ma prawo do własnej opinii, dopóki nie obraża innych.
Kto bowiem ma decydować o tym, czym jest kino? Wszystkie gatunki mają swoich wielbicieli oraz przeciwników, korzystają z tego samego medium i zabiegów twórczych, zatem mają równe prawo do funkcjonowania. Obecnie bez większych problemów można obejrzeć blockbustery oraz filmy „ambitniejsze” (także w multipleksach). Dlatego nie rozumiem apelu Scorsese’a oraz Benedicta Cumberbatcha, który w swojej wypowiedzi podkreślił zrozumienie dla słów starszych reżyserów i zgodził się w kwestii konieczności promowania przez kina filmów robionych mniejszym nakładem kosztów. To powinno leżeć w gestii producentów i dystrybutorów, a nie właścicieli sieci kin.
Z drugiej strony barykady głosy są bardziej stonowane. Nikt nie próbuje dyskredytować strony przeciwnej. Wręcz przeciwnie. James Gunn (przywoływany dodatkowo przez Jossa Whedona jako osoba, która wkłada mnóstwo serca w swoje dzieła) zwraca uwagę, że sam bronił przed podobną krytyką Ostatniego kuszenia Chrystusa. Sebastian Stan, znany z roli Bucky’ego, podczas jednego z konwentów określił Coppolę jako jednego ze swoich bohaterów. Jednocześnie miał wówczas kontakt z fanami, dla których filmy MCU miały ogromne znaczenia. Także Bob Iger – CEO Disneya – mimo ostrej reakcji na określenie stosowane przez twórcę Drakuli, podkreśla do niego szacunek. Wszyscy ci twórcy zgodnie stwierdzają to, co pisałem wcześniej: w kinie jest miejsce dla wszystkich gatunków.
Ale czy tak naprawdę jest sens się emocjonować? Analizując wypowiedzi twórcy Irlandczyka (na którego czekam bardzo mocno, tak na marginesie) o młodzieży, której nie potrafi zrozumieć, wyraźnie widać, że to tylko kolejna odsłona najsłynniejszej serii w historii pt. Starzy kontra młodzi. Każda odsłona – czy to Romantycy kontra pozytywiści, czy to Kino nieme kontra kino dźwiękowe, czy to zgodnie z przykładem Marka Ruffalo Starsze gatunki muzyczne kontra rock’n’roll i hip-hop – rozgrywa się według tego samego schematu, w którym żadna ze stron nie daje się przekonać drugiej. Czy w związku z tym jest sens wypowiadania się? Jak najbardziej, gdyż warto poznawać inne perspektywy.
Trzeba jednak zdawać sobie sprawę, iż pewnego dnia przyjdzie kolejna moda w kinie i będzie traktowana tak samo przez obecnych twórców historii o superherosach. Nieważne, jak banalnie to zabrzmi, ale zmiany są nieuniknione. Można się więc albo dostosować, korzystając z dobrodziejstw współczesności (np. próbując coś przekazać przez kino komiksowe, jak to uczynił Todd Philips w formie Jokera), albo zamilknąć. Choć oczywiście niektórzy wybierają trzecią opcję i krzyczą z frustracji, zawracając kijem rzekę.
Suplement
Po tym, jak napisałem ten artykuł, Scorsese opublikował na łamach New York Timesa felieton, w którym wyjaśnia swoje pamiętne wypowiedzi. Przyznaje, iż brak sympatii do heroicznych blockbusterów wynika z prywatnego gustu. Dla niego kino kiedyś traktowało o emocjach, postaciach, złożoności i paradoksach człowieka. Twory Marvela zaś są tylko produktami nieprzynoszącymi zaskoczenia, skonstruowanymi bez podejmowania ryzyka wedle usankcjonowanych reguł, modyfikowanymi w zależności od wyników badań rynku oraz opinii po pokazach testowych, w których nie ma miejsca na indywidualną wizję twórcy.
Proszę wybaczyć, ale to bzdura. Jak pisał Whedon, wystarczy spojrzeć na Strażników Galaktyki – film przepełniony charakterystycznym stylem Jamesa Gunna o postaciach, które przed premierą były zupełnie nieznane szerokiemu gronu kinomanów. Albo na Thora: Ragnarok, za sprawą Taiki Waititiego idącego zupełnie inną ścieżką niż poprzednie odsłony przygód nordyckiego boga. Jeśli zaś chodzi o zaskoczenia, można przytoczyć wielkie zwycięstwo Thanosa w Infinity War.
W kwestii „walki” z Marvelem, Martin stwierdza, że sale kinowe nie oferują alternatyw dla wysokobudżetowych, mainstreamowych produkcji, przez co stanowią one główny wybór widzów wybierających się na seans. Tym samym filmy artystyczne spychane są na platformy streamingowe. Uważam jednak, że osoby zainteresowane tego typu twórczością i tak preferowałyby kina studyjne niż multipleksy przepełnione głośnym „motłochem” oraz zapachem popcornu czy nachosów. Poza tym, przeniesienie „ambitnej” twórczości filmowej według mnie przynosi więcej plusów niż minusów. Dzięki łatwemu i względnie taniemu dostępowi bez wychodzenia z domu, takowe dzieła mogą zyskać większą rzeszę odbiorców. Nie obejrzymy ich wprawdzie na wielkim ekranie, ale treść powinna się bronić niezależnie od tego, za pomocą jakiego nośnika odbieramy dany utwór.
Jestem w stanie zrozumieć Pana stanowisko, Panie Scorsese, ale dalej się z nim nie zgadzam. Za to w pełni mogę przyklasnąć stanowisku Kevina Feige, który powtarza, że każdy ma własne definicje kina, sztuki i ryzyka. Wszyscy mamy też prawo do wydawania prywatnych opinii. Dyskutujmy zatem, ale bez obrażania siebie nawzajem.

Komentarze
Prześlij komentarz