[RECENZJA] "Pół wieku poezji później"


Szczerze mówiąc, nie do końca rozumiałem, z czego wynika podniecenie związane z Pół wieku poezji później. Oczywiście, podziw mogło budzić zatrudnienie Zbigniewa Zamachowskiego do roli Jaskra, ale poza tym całość nie rysowała się rewelacyjnie – ot, fanfilm, jakich wiele. Moje obawy dodatkowo rozbudziła informacja o zmianie formuły z krótkiej formy na pełny metraż. Nieraz zdarzało się, że projekt przerósł twórców i finalnie się nie ukazał. Szczęśliwie, w tym wypadku okazało się inaczej, choć ekipa na czele z Jakubem Nurzyńskim pracowała bardzo długo, kilkakrotnie przekładając premierę swojego dzieła (w ostatnim przypadku nawet dzień przed jej nastąpieniem). 

Bazując na materiałach promocyjnych, myślałem, że film będzie oparty przede wszystkim na grach. Szczęśliwie okazuje się, że nie do końca. Fabularnie to kontynuacja sagi wiedźmińskiej (z drobnymi błędami względem kanonu, ale to szczegół), czerpiąca zaledwie kilka motywów estetycznych (np. medaliony Szkoły Wilka czy kurtka Eskela) oraz muzycznych (skojarzenia z Percivalem nasuwają się od samego początku) z trylogii CD Projekt Red. Można dostrzec drobne elementy słowiańskiego klimatu charakterystycznego dla Dzikiego Gonu, ale wpływ książek według mnie jest bardziej zauważalny. 

Przynajmniej w kwestii atmosfery, ponieważ scenariuszowo tak dobrze nie jest. Dla mnie największą zaletą twórczości Sapkowskiego są błyskotliwe dialogi, zaś tutaj ich zabrakło. Nie wystarczy rzucić frazy „a kopnąć cię w dupę” lub powtórzyć kilka razy nawiązanie do słynnej fraszki z Wiedźmina 3, by od razu zrobiło się śmiesznie (aczkolwiek kilka nawiązań, m.in. jedno do Władcy pierścieni, wywołało u mnie uśmiech). Zabawnych, zapadających w pamięć kwestii jest jak na lekarstwo. Utrudnia to odbiór i tak rozwleczonej, nieszczególnie porywającej fabuły. 

Kreacja bohaterów (zarówno scenariuszowa, jak i aktorska) także wypadają bardzo nierówno. Z jednej strony dumnie prezentuje się Lambert - ostatni wiedźmin, który pozostaje sarkastycznym dupkiem znanym z Krwi elfów oraz Dzikiego Gonu. Chociaż nie jest w tym wszystkim tak sympatyczny jak Geralt, paradoksalnie tak mocno go lubimy. Mariusz Drężek rewelacyjnie spisał się w tej roli. Z ciekawych postaci warto jeszcze wspomnieć o świetnie zagranym sołtysie Włościbycie oraz Ornelii – czarodziejce-renegatce, która pełni rolę antagonistki, choć ma przy tym dobrze ugruntowaną, wiarygodną motywację do podejmowanych działań. Oczywiście nie można zapomnieć także o naszym drogim poecie o kwiecistym pseudonimie artystycznym, lecz znika on tak szybko, jak się pojawia na ekranie. Po drugiej stronie znajdują się role przeciętnie zagrane (jak dość drewniana Triss Merigold w wykonaniu Magdaleny Różańskiej), napisane średnio (tu trzeba powiedzieć o Julianie, czyli Jaskrze Juniorze oferującym nam zbędne, mało wiarygodne sceny erotyczne lub wstawki komediowe wątpliwej jakości, rehabilitującym się jednak w interakcjach z wiedźminem oraz pojedynczych przejawach odwagi) lub wręcz źle (tutaj prym wiedzie Agaius – główny przeciwnik będący kalką Bonharta pozbawioną charakteru oraz dopisaną słabą motywacją). A jakby tego było mało, zdecydowana większość aktorów – nawet tych dobrze wypadających – cierpi na typową przypadłość polskiego kina, czyli nazbyt teatralny sposób gry. 

Zwykle filmy fanowskie próbują nadrabiać niedostatki techniczne poprzez fabułę. Tutaj jednak jest odwrotnie. Efekty specjalne, choć serwowane oszczędnie, prezentują się nienajgorzej (poza bestią ze sceny po napisach). Scenografia, kostiumy i rekwizyty wyglądają bardzo dobrze, a muzyka i zdjęcia są największymi atutami produkcji. Jedynie pojedynki wypadają tak sobie ze względu na to, że tylko raz wyraźnie widać wyższość wiedźmina nad zwykłymi zbójami. 

Film widziałem dwukrotnie: podczas pokazu przedpremierowego na Warszawskich Targach Fantastyki oraz w trakcie premiery. Muszę zatem przyznać, iż przesunięcie premiery na ostatnią chwilę (chociaż nieprofesjonalne) było dobrym ruchem, ponieważ poprawki dźwięku są słyszalne od pierwszych scen. Gdyby twórcy tego nie zrobili, byłoby jeszcze gorzej niż jest. 

W wielu opiniach odnośnie filmu widzę podejście pobłażliwe z uwagi na niewielki budżet oraz fanowski charakter projektu. Problem w tym, że cechy możliwe do usprawiedliwienia w ten sposób, wcale nie wypadają źle i choćby dla nich warto obejrzeć Pół wieku poezji później. Największym problemem pozostaje scenariusz, do którego nie trzeba dopisywać widowiskowych scen. Wystarczyłoby popracować nad dialogami oraz częścią bohaterów, na czele z Agaiusem, a finalny efekt byłby zdecydowanie lepszy.

Komentarze