W zasadzie od początku epidemii, wolny czas osładzają mi Gwiezdne wojny w wielu postaciach. Przeczytałem znowu Revana, przy trzecim podejściu wciągnąłem się w The Old Republic, a do tego postanowiłem obejrzeć wreszcie całe Wojny klonów i już jestem na piątym sezonie. Dlatego mogłem się tylko uśmiechnąć szeroko, gdy twórcy Wojny gwiazd postanowili w końcu udostępnić swoje dzieło na YT (link w komentarzu).
Seans tego filmu dokumentalnego o fanach SW w czasach PRLu przypomniał mi kilka tematów, począwszy od wspomnień z dzieciństwa dotyczących samodzielnego zbierania wszelkiego rodzaju gadżetów (niekoniecznie związanych z tymże uniwersum) wraz z jednoczesnymi trudnościami z powodu braku funduszy/kiepskiej dostępności i zazdrosnym patrzeniem na kolekcje innych. Do dziś pamiętam, jak w pewnej nadmorskiej miejscowości trafiłem do pewnego sklepu wypełnionego kartami z różnych gier (Pokemony, Digimony, Yu-Gi-Oh, zapewne MTG nie zabrakło) oraz figurkami m.in. z Kinder Niespodzianek. Jeżeli ktoś go kojarzy, a zwłaszcza posiadając dokładne namiar, proszę o informację w komentarzach.
Jednak drugą przypomnianą kwestią, znacznie świeższą niż opisywana wyżej, jest moja irytacja za każdym razem, gdy czytam o fandomie gwiezdnowojennym jako najbardziej toksycznym na świecie. Stanowi to bowiem bardzo dalekie uogólnienie, po części na pewno spowodowane powierzchowną oceną.
Każdy fandom składa się z jednostek. Zarówno tych zrzeszających się w różnych fanklubach, jak i niezależnych, po prostu zafascynowanych tematem i działających w jego obrębie na różne sposoby – czy to poprzez twórczość, czy to przez dyskusję. Niby dość oczywiste, ale niektórzy pomijają zupełnie jeden aspekt. Otóż głównym czynnikiem łączącym owych ludzi jest tylko pasja związana z danym tematem. Dzielić ich może z kolei wszystko inne: płeć, narodowość, orientacja seksualna, poglądy polityczne, religia itd. W związku z tym cały fandom jest tworem niejednorodnym, w którym siłą rzeczy będą pojawiać się przeróżne opinie.
Szczególnie przy tak rozbudowanej marce jak Gwiezdne wojny. Mamy do czynienia z kilkoma serialami, kilkunastoma filmami oraz setkami książek i komiksów. Wszystko to tworzone jest przez (niemal) tak samo zróżnicowaną grupę twórców. Niemożliwe jest zatem, aby każde dzieło noszące napis Star Wars było odbierane identycznie przez cały fandom. Podział w fandomie jest całkowicie normalny – ktoś może woleć twory Disneya od starego Expanded Universe (lub odwrotnie) czy Trylogię Prequeli od Oryginalnej Trylogii (lub odwrotnie).
Oczywiście, niektórzy fani tego nie rozumieją, nadużywają swojej wolności słowa i uprawiają hejt, obrażając swoich rozmówców. Obecnie część obserwatorów ocenia fandom przez pryzmat grupy przeciwników Trylogii Sequeli, którzy gnębią Kelly Marie Tran oraz inne osoby, które przyłożyły rękę do powstania nowych filmów/seriali/książek. Zapominają jednak przy tym, że niekoniecznie musi to być większość fandomu. Rzucają się w oczy? Owszem. Ale wiemy przecież, że mniejszości potrafią wywołać mnóstwo hałasu. A jako że cała francyza znana jest na całym świecie, powszechnie rozpoznawana także w mainstreamie, to konflikty stają się bardziej widoczne. Szkoda, że nie jest tak głośno w wypadku licznych akcji charytatywnych organizowanych przez 501st Legion. Zapomina się o tym, jak na różne sposoby składano hołd zmarłej Carrie Fisher. Zwraca uwagę przede wszystkim na kłótnie i niesnaski, a nie chwile jednoczenia się oraz budowanie przyjaźni w oparciu o pasję, jak to ukazuje Fanboys.
Kocham Gwiezdne wojny i jeden kiepski film tego nie zmieni. Kocham fandom SW i grupa krzykaczo-mizogino-hejterów tego nie zmieni. I bardzo chciałbym, żeby nie wpływała na Wasze podejście. Tak jak już postulowałem w artykule o Scorsese-gate - dyskutujmy, wymieniajmy się opiniami, tylko szanujmy przy tym, że rozmówca może mieć inną opinię i niekoniecznie ją zmieni pod wpływem naszych argumentów.

Komentarze
Prześlij komentarz