[FELIETON] Nie lubię binge-watchingu


Wszyscy doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że świat wciąż się rozwija. Pojawiają się nowe, mniej lub bardziej rewolucyjne rozwiązania, dzięki którym m.in. mamy dostęp do kultury na wyciągnięcie ręki. Dużą rolę odegrał w tym Netflix, za przystępną kwotę oferując dostęp do tysięcy filmów i seriali. Jednocześnie jest pionierem nowego modelu dystrybucji treści odcinkowych, gdyż jako pierwszy zaoferował całe sezony dostępne od razu, jednego dnia.

Jeden z pierwszych seriali stosujących model binge-watchingowy. Szkoda, że nie zachował początkowego wysokiego poziomu.

Kolejne platformy wyrastają jak grzyby po deszczu, zaś wiele z nich przyjęło rozwiązania swojego protoplasty. Jako odbiorcy zdążyliśmy się do tego przyzwyczaić na tyle, że niektóre osoby potrafią ostro zaatakować danego dystrybutora za niestosowanie się do nowego systemu (jak to było w przypadku The Boys i The Mandalorian). Nie oceniając jednak wyłącznie po tego typu przypadkach, dostrzegam inne problemy wiążące się z binge-watchingowym modelem. Zwracam przy tym uwagę, iż to głównie moje obserwacje, a wyciągnięte wnioski nie muszą stosować się do każdego widza.

Zaniżanie ocen tylko dlatego, że nie otrzymało się naraz całego sezonu uważam za dziecinne.

Oglądając kilka odcinków z rzędu, regularnie łapię się na tym, że później mniej z nich pamiętam niż w wypadku oglądania w pewnym odstępie czasowym. Nie można bowiem utrzymywać koncentracji w nieskończoność. Zależna jest ona oczywiście od wielu różnych czynników, ale zaryzykowałbym stwierdzeniem, że u większości widzów może trwać nieco ponad godzinę, czyli niecałe dwa odcinki w wypadku znacznej części tytułów.

Daredevil był świetnym serialem, ale mało z niego pamiętam pojedynczych scen.

Osoby, które powiedzą “przecież możesz sobie dawkować jak chcesz”, teoretycznie mają rację. Niestety, rzeczywistość nie poczeka na ludzi oglądających jeden odcinek tygodniowo. Ożywione dyskusje odnośnie treści już dawno zostaną zakończone, podobnie jak okres ochronny przed spoilerami na grupach społecznościowych. Chociaż nie każda informacja o fabule zepsuje odbiór całości, to w wypadku konstrukcji seriali binge-watchingowych ryzyko jest odrobinę większe. 

Są one de facto długimi filmami, podzielonymi na części. W takich okolicznościach mało kto będzie chciał dysputować o pojedynczym fragmencie. Doskonale pamiętam, ile satysfakcji sprawiało mnie oraz innym fanom Gry o tron cotygodniowe omawianie fabuły i rozbieranie całego epizodu na czynniki pierwsze. Dzięki temu do dziś jestem w stanie powiedzieć, w którym dane wydarzenie miało miejsce. Z kolei przy serialach Netflixa takich dyskusji nie dostrzegam. Od samego początku skupiają się one na ogóle przedstawionej historii oraz rozważaniach “co się wydarzy w następnym sezonie”.

Sezon trzeci, odcinek dziesiąty.

Oczekiwanie na daną serię także wydaje mi się przyjemniejsze w wypadku tradycyjnego modelu. Mam bowiem świadomość, że po premierze przez kilka najbliższych tygodni będę dostawał porcję opowieści. Wolę czekać na dłuższy okres rozrywki niż na jeden lub dwa dni.

Nie jestem ślepy na wygodę zapewnianą przez system binge-watchingowy, dzięki któremu możemy oglądać jak i kiedy chcemy, bez konieczności czekania na konkretną godzinę jak w telewizji. Osobiście jednak przestałem mieć problemy z takim oczekiwaniem i cieszę się, że nie wszyscy producenci poszli w tę stronę. Oby tylko nie ugięli się przed gronem niecierpliwych użytkowników, chcących wszystko otrzymać natychmiast.

Komentarze