[RECENZJA] "Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy"


Tekst napisany na zaliczenie zajęć na studiach w 2016 r.

I koniec! Po trzech latach od zapowiedzi doszło w końcu do premiery siódmego epizodu Gwiezdnych wojen – filmu wyczekiwanego nie tylko przez fanów sagi, ale także i ludzi niezwiązanych ze środowiskiem fanowskim. Disney skutecznie podsycał atmosferę, racząc nas marką na każdym kroku, a jednocześnie nie zdradzając szczegółów odnośnie fabuły. Teraz pora odpowiedzieć na główne pytanie zadawane przez wszystkich, którzy już są po seansie: czy warto było czekać? 

Mimo bycia wielkim fanem Gwiezdnych wojen nie miałem szczególnie wygórowanych oczekiwań. Byłem całkowicie przekonany, że J.J. Abrams stworzy obraz na poziomie Klasycznej Trylogii – ni mniej, ni więcej. Nie spodziewałem się wiele po nowych bohaterach ze względu na obecność starej gwardii, która mogłaby ukraść show. Liczyłem na film ze względnie solidną fabułą (choć ta nie jest szczególnie porywająca w żadnej części sagi), ciekawym czarnym charakterem oraz przede wszystkim z klimatem kina nowej przygody i nawiązaniami do poprzednich epizodów. 

Podczas seansu szybko można zauważyć, że Przebudzenie Mocy nawiązuje do Klasycznej Trylogii na wielu polach: nie tylko przez drobne smaczki widoczne dla fanów, ale także przez całą konstrukcję fabuły. Osoby określające siódmy epizod „Nową nadzieją 2.0.” mają wiele racji - ponownie mamy młodego bohatera poznającego Moc, nierówną walkę między dobrymi i złymi, a nawet ogromną broń masowego rażenia. Wiele osób odbiera to jako główną wadę całego filmu. Ja jednak uważam, że równie ważny jak sama fabuła jest sposób jej opowiadania. W tym aspekcie Abrams przeszedł samego siebie. Akcja jest doskonale poprowadzona – nie pędzi jak szalona, ale także nie wlecze się. Dodatkowo angażuje widza na tyle mocno, że film można obejrzeć kilka razy nie nudząc się przy tym, podobnie jak poprzednie części. Oznacza to, iż ten niepowtarzalny klimat został zachowany. 

Jeśli chodzi o protagonistów, jestem bardzo pozytywnie zaskoczony. Główni bohaterowie, Rey i Finn, tworzą ciekawy duet, któremu od początku zaczynamy kibicować. Towarzyszący im BB-8 jest tak zabawny i uroczy, że trudno go nie polubić. Moim faworytem pozostaje jednak Poe Dameron. Postać Oscara Isaaca jest w zasadzie Hanem Solo naszych czasów. Na tle tych postaci stara gwardia wypada dosyć blado. Oczywiście wyżej wspomniany Han wciąż jest tym samym awanturnikiem, którego znamy i kochamy (podobnie jak Chewbacca), lecz Leia i C-3PO nie wybijają się absolutnie niczym. Z kolei na role Luke’a Skywalkera i R2-D2 najlepiej spuścić zasłonę milczenia. 

Przejdźmy do antagonistów. Kylo Ren – główny przeciwnik bohaterów – podzielił fanów w takim stopniu, jak kiedyś Anakin. Jedni uważają, że to postać o zmarnowanym potencjale. Inni twierdzą, iż to bohater niesamowicie złożony i niejednoznaczny. Mi osobiście podczas pierwszego seansu początkowo przypadł do gustu ze względu na podobieństwo do Vadera, lecz w momencie, gdy zdjął maskę, czar prysł. Dopiero po obejrzeniu filmu kolejny raz oraz przeczytaniu kilku dyskusji w internecie uwierzyłem, że to był świadomy zabieg mający na celu ukazanie głównego problemu Rena: on naprawdę chciałby być Darthem Vaderem, ale przez wewnętrzną walkę nie może tego osiągnąć. To sprawia, że mamy do czynienia z jednym z najbardziej złożonych bohaterów w całych „Gwiezdnych wojnach”. Szkoda jedynie, że pozostali przeciwnicy nie są tak dopracowani. Do tego moim zdaniem przesadzono z kreowaniem Najwyższego Porządku na III Rzeszę odległej galaktyki. 

Pod względem technicznym nie mam wiele do zarzucenia. Powrót do praktycznych efektów specjalnych, z wykorzystaniem plenerów, makiet, modeli oraz strojów był strzałem w dziesiątkę. Obraz prezentuje się znacznie lepiej niż przesycona CGI Nowa Trylogia. Ścieżka dźwiękowa po raz kolejny stoi na najwyższym poziomie, lecz tym razem zabrakło utworu zapadającego w pamięć równie mocno jak Marsz Imperialny czy Duel of the Fates

W poprzednich tekstach nawiązywałem do Przebudzenia Mocy w kontekście kasacji Expanded Universe oraz oceniania przez nostalgię, zatem pora na rozliczenie. Czy warto było usunąć stary kanon? Ciężko jest odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ film zdradza niewiele informacji o wydarzeniach między szóstym a siódmym epizodem. Pozostałe utwory z francyzy w prawdzie uzupełniają ten okres, ale robią to dosyć ślamazarnie. Ponadto póki co Disney w ogóle nie rozwija czasów przed filmową serią, które w poprzednim kanonie wypadały najlepiej. W związku z tym przed ostatecznym werdyktem należy poczekać kilka lat, gdy dostaniemy więcej utworów. 

Jeśli zaś chodzi o ocenę filmu wśród fanów, to opinie są równie podzielone jak w wypadku Trylogii Prequeli. Część osób jest filmem zachwycona m.in. ze względu na klimat części IV-VI, lecz wiele osób miesza go z błotem ze względu na wtórność fabuły oraz Kylo Rena. W dużej mierze wynika to z oczekiwań przed seansem: jeśli ktoś spodziewał się opus magnum Gwiezdnych wojen, mógł poczuć się rozczarowany. Jak pisałem wcześniej, miałem bardziej stonowane nastawienie i dzięki temu jestem bardzo zadowolony z Przebudzenia Mocy

Komentarze