Aby udowodnić swoją ponadprzeciętną fanowskość, muszę opowiedzieć całą historię, od początku do końca. Nalej sobie więc wedle preferencji filiżankę herbaty albo kufel piwa i rozsiądź się wygodnie w fotelu. Musimy bowiem cofnąć się aż czternaście lat.
Był rok 2007. Zewsząd dobiegały głosy, iż na świat komputerów przybywa wiedźmak. Słyszałem to słowo wcześniej, lecz nie miałem pojęcia, co dokładnie oznacza. Mój pan ojciec wspominał o książkach o jakimś człeku przeżywającym przygody, jakiś towarzysz zabaw kazał tytułować się wiedźminem i na tym kończył się mój stan wiedzy. Licząc się z tym, że gry szybko nie pozyskam z uwagi na mierną wydolność urządzenia oraz pozostawanie nieopierzonym młokosem, powziąłem postanowienie zapoznania się z owymi powieściami. Na to już moi rodziciele przystali. Gdy pewnego dnia, w drodze do szpitala z babką na badania, otworzyłem pierwszy tom, zwany Ostatnim życzeniem i przeczytałem pierwsze opowiadanie w nim zamieszczone, poczułem TO. Tak, drogi czytelniku, właśnie to uczucie, tak słodko brzmiące i radość sprawiające. A zwie się ono miłością.
To było zaledwie kilka godzin, a jednak pochłonąłem resztę historii w tempie iście błyskawicznym. Z miejsca zapragnąłem ciągu dalszego. Biblioteka poszła w ruch i na przestrzeni paru miesięcy pierwszą przygodę z tzw. sagą wiedźmińską miałem za sobą. Chciałem jeszcze więcej, ale nie było mi to dane z wyżej wskazanych powodów. Na szczęście mieszkająca nieopodal stolicy ciotunia podczas pobytu u niej zgodziła się, abym zagrał w tę słynną grę. Dane mi było dojść zaledwie do aktu drugiego, jednak do dziś pamiętam to magiczne uczucie związane z kierowaniem Geraltem z Rivii. To jedynie podsyciło mój apetyt, który starałem się zaspokajać oglądaniem fragmentów na tej słynnej dziś platformie YouTube. Rok później, już z lepszym komputerem i dzięki druhowi użyczającemu swojego egzemplarza, dostałem możliwość dokończenia tej opowieści.
Mijały lata, a ja czekałem na drugą część. Chłonąłem wszelkie informacje z nią związane, ponownie czytałem książki, zagrywałem się w poboczny produkt zwany DuelMailem, przemianowany później na Versusa, zapoznałem się z komiksami, a nawet obejrzałem przeklęty film. Co jednak istotne, wymieniałem się także opiniami oraz spekulacjami z innymi fanami w rzeczywistości oraz internecie. Wiąże się z tym pewna anegdota, która może wydawać się fałszem, lecz klnę się na swą fanowską duszę, że to najczystsza prawda. Otóż w rozmowie z pewną niewiastą poznałem szokującą informację dotyczącą jednego z bohaterów książek, rzekomo zdradzoną przez Andrzeja Sapkowskiego podczas spotkania z fanami w Warszawie. Mowa tutaj o słynnym wampirze, Emielu Regisie, który w rzeczywistości nie zginął podczas wydarzeń przedstawionych w „Pani Jeziora”. Nie mogąc się doszukać tej informacji w internecie, sam dopisałem ją w artykule na tzw. Wiedźmińskiej Wiki. Przez kolejne lata nikt jej nie poprawił ani nie zweryfikował. Czyżbym zatem przyłożył się do wielkiego powrotu niepijącego krwiopijcy w roku 2016? Zapewne nie, ale ta myśl jest miła memu sercu.
17 maja 2011 r. po zakończeniu lekcji natychmiast wybiegłem ze swojego gimnazjum, aby nabyć Zabójców królów. Instalacja z powodu błędów trwała cały dzień, lecz niezmordowanie czekałem, aby wpłynąć na morze nowej przygody. Na chwilę się udało, jednak kolejnego dnia konieczne okazało się powtórzenie całego procesu. Tym razem szczęśliwie się udało bez większych bolączek i po tygodniu ukończyłem grę. A potem jeszcze raz, co by zbadać inne ścieżki.
Fascynacja przygodami białowłosego nie mijała. Gdy podczas jednej z przerw w liceum przeczytałem, iż pan Sapkowski napisał kolejną książkę, zaś do premiery pozostał ledwie miesiąc, dosłownie skakałem z radości. Jeszcze tego samego dnia zamówienie zostało złożone, a dotarło dzień przed Świętem Wszystkich Świętych. Nie potrafiłem się oderwać od Sezonu burz, mimo dostrzegania wad i zalet. Czytałem w drodze na cmentarz, czytałem wracając z niego. Jako że w owym czasie należałem do redakcji mało znanego magazynu internetowego, to właśnie tę książkę postanowiłem zrecenzować jako pierwszą w swoim życiu. Miało to ogromny wpływ na moje dalsze losy, dzięki czemu mogę pisać te słowa.
Kolejny rok wiązał się z innym ważnym aspektem, przy czym bardziej formalnym, czyli maturą. Od samego początku wiedziałem, że w ramach egzaminu ustnego z języka polskiego będę opowiadał o fantastyce. Na liście proponowanych przez szkołę tematów znalazło się kilka interesujących pozycji, ale z miejsca wybrałem Analogie i nawiązania w sadzie wiedźmińskiej Andrzeja Sapkowskiego. Trafić lepiej nie mogłem. W dniu sądu byłem odrobinę tylko poddenerwowany, gdyż pewności dodawała mi znajomość tematu. To była czysta formalność. Prezentacja wygłoszona, rozmowa z komisją udana, matura zdana.
Chwilę przed rozpoczęciem studiów zawędrowałem do Wrocławia na Dni Fantastyki. Tam z kolei miałem okazję po raz pierwszy zobaczyć na żywo człowieka, bez którego nie byłoby ani tych słów, ani tego konkursu, ani gier, seriali czy komiksów. Zgadza się, mowa o Andrzeju Sapkowskim. Można mieć o nim różne opinie, lecz to jemu wszyscy zawdzięczamy stworzenie wiedźmina. Finalnie na przestrzeni lat spotkałem pana Andrzeja czterokrotnie, za każdym razem wręczając mu kolejny tom serii do podpisu.
Gdy rozpocząłem zawadiackie życie studenta, zyskałem sporą dozę samodzielności, a tym samym możliwość zdobywania kolejnych atrybutów do mej wiedźmińskiej kolekcji. Dzięki temu mogłem złożyć zamówienie na edycję kolekcjonerską „Dzikiego Gonu”, która zbliżała się wielkimi krokami. Oczywiście w tym czasie śledziłem wszystkie możliwe materiały dotyczące tejże gry, powtarzając jednocześnie poprzednie wespół z książkami i w przerwach pogrywając w zapomniany już tytuł The Witcher Battle Arena. Modliłem się wręcz, aby Wiedźmin 3 zdołał się uruchomić na moim laptopie. W końcu jednak nadszedł 18 maja 2015, kiedy to o godzinie 23:00 dostałem wiadomość o możliwości odbioru paczki. Nie czułem zmęczenia, biegnąc do paczkomatu ani niosąc nielekką przesyłkę. Cieszyłem się wszystkimi elementami, aż nastał nowy dzień i mogłem uruchomić tytuł, który obecnie już jest kultowy. Wprawdzie działał na ustawieniach minimalnych, ale działał!
Anno Domini 2016, drugi semestr pierwszego roku studiów w Bydgoszczy. Wyjątkowe to były studia, albowiem specjalizacja dotyczyła badania i projektowania gier. I to nie tylko komputerowych, lecz także planszowych, karcianych, RPG oraz – co istotne dla tej opowieści – larpów. Pytacie, czym są larpy? To temat na jeszcze dłuższą dyskusję, zatem wyjaśnię pokrótce: jest to połączenie gry oraz teatru improwizowanego, w którym twórca daje ogólny scenariusz oraz role, zaś gracze współtworzą całą fabułę. I takiego właśnie larpa każda drużyna musiała przygotować na zaliczenie przedmiotu.
Z racji tego, iż miałem pewne doświadczenie w tym temacie, zostałem wybrany przez pozostałych członków grupy – Anię, Konrada i Marka - ich liderem. W związku z tym przedstawiłem propozycję, o której myślałem od wielu lat, jednak nigdy nie było czasu. „Napiszmy larpa wiedźmińskiego”. Drużyna ochoczo przystała na ten pomysł. I tak zaczęły się cztery tygodnie ciężkiej pracy (często skracającej sen do niezbędnego minimum), przerzucania się kolejnymi pomysłami, rezygnacji z kilku ciekawych rozwiązań oraz dopracowywania szczegółów, aby były jak najbardziej zgodne z realiami świata wiedźmina. W międzyczasie okazało się także, że poza naszym wykładowcą, larpy oceniać będzie Dariusz Domagalski – znany pisarz oraz mistrz larpowy. W związku z tym ciążyła na nas jeszcze większa presja.
I nadszedł czas próby. Jednego dnia wszystkie drużyny miały poprowadzić swoje gry. Wiele z nich było naprawdę ciekawych: raz wcielaliśmy się w bogów olimpijskich, innym razem zaś w bohaterów „Kubusia Puchatka”. Wieczorem zaś przyszła pora na Kajdany Nilfgaardu – nasze dziecko, traktujące o strażnikach więzienia nilfgaardzkiego oraz więźniach z Temerii, wśród których znaleźli się także przedstawiciele innych ras oraz, jakżeby inaczej, pewien wiedźmin. Gracze niesamowicie wczuli się w swoje role. Klimat beznadziei i strachu charakterystyczny dla świata wykreowanego przez Sapkowskiego aż się wylewał. I choć finalnie nie wszystko zagrało tak, jak to sobie imaginowaliśmy, to uczestnicy gry byli bardzo zadowoleni. Już to sprawiło nam ogromną satysfakcję, ale całości dopełniła dobra ocena wykładowcy oraz pana Dariusza, który wyjątkowo pozytywnie się wyraził odnośnie naszego sposobu prowadzenia.
Kajdany Nilfgaardu w ciągu kolejnych lat zagościły na wielu konwentach, spotykając się w dużej mierze z pozytywnym odbiorem przez graczy i wiele sytuacji z tych kolejnych gier pamiętam do dziś. Nie zapomnę jednak tego pierwszego razu, gdy za zgodą wszystkich stron pewien więzień odprowadzany do celi z przesłuchania, został obalony przez strażników i skopany. Gdy dowódca garnizonu wyszedł ze swojego gabinetu i zastał całą sytuację, spytał „Co się tu, kurwa, dzieje?”. Żołnierze zaś odpowiedzieli „Potknął się, panie generale.”
W ciągu kolejnych lat moja miłość do wiedźmaka wcale nie zmalała. Zgromadziłem pokaźną kolekcję, składającą się z książek niekoniecznie autorstwa pana Andrzeja, komiksów o Geralcie, figurek, medalionów i długo można by wymieniać. Na załączonej fotografii znajduje się zaledwie jej wycinek. Dwukrotnie miałem okazję obejrzeć musical na podstawie opowiadań pana Sapkowskiego, z którego utworów słucham po dziś dzień. Siedem razy słyszałem, jak zespół grajków, co się Percivalem zowie, wykonuje na żywo muzykę znaną z Dzikiego Gonu, Serc z kamienia oraz Krwi i wina. Dostąpiłem nawet zaszczytu wzięcia udziału w premierze pierwszego sezonu serialu platformy Netflix, obfitującego w różnego rodzaju przeżycia, z których najpozytywniejszym niewątpliwie było ujrzenie Henry’ego Cavilla, Freyi Allan i Anyi Chalotry we własnych osobach.
Angażowałem się w różne inicjatywy. Pod wpływem fascynacji Gwintem i dzięki wypuszczeniu na rynek kart zorganizowałem całą serię turniejów w mieście przez nieżyczliwych zwanym Brzydgoszczą. Dzięki temu otrzymałem wcześniej niż większość osób dostęp do cyfrowej, samodzielnej wersji gry, w którą grywam praktycznie do dziś. Wiele razy prowadziłem wykłady o tym, jakich nieścisłości dopuściło się studio CD Projekt Red podczas pisania fabuł swoich dzieł. Napisałem nawet kolejnego larpa w wiedźmińskim
świecie, opartego na motywach z komiksów o Galu Asteriksie, zatytułowanego Osada,
wojna i magiczny wywar.
Wiedźmin jest ze mną codziennie. Czy to przez grę Pogromca potworów, czy to za pośrednictwem dyskusji z innymi fanami bądź informacji o nadchodzącym drugim sezonie serialowej produkcji. I wiele wskazuje na to, iż stan ten będzie się utrzymywał.









Komentarze
Prześlij komentarz